środa, 31 października 2012

Retrospekcja: Boliwii część 4 - La Paz, Droga Śmierci i Titicaca


==>

La Paz
Po autobusowych problemach wylądowałyśmy w końcu w najwyżej położonej stolicy świata. I od razu musiałyśmy udać się do El Alto – jednej z biedniejszych, oddalonych zdecydowanie od centrum części miasta. Tam pracował bowiem nasz couchsurfingowy host, który to przywitał nas w swoim ulubionym języku niemieckim, którego ja już wcale nie byłam w stanie sobie przypomnieć, więc nasze rozmowy wyglądały niezwykle ciekawie. On – po niemiecku, ja – po hiszpańsku, Natalia – trochę tak, trochę tak :).
Ale wracając już do El Alto – okazało się, że stanowi ono idealny mirador z widokiem na całe miasto, otoczone niezwykle urodziwie przez ośnieżone szczyty wulkanów. Bo choć może samo w sobie La Paz nie jest jakoś powalająco piękne, może śmiało uchodzić za jedno z najładniej położonych miast na świecie (no może poza Rio ;)). A dodatkowo trafiłyśmy tam akurat w niedzielę, kiedy to odbywa się ogromny, obejmujący całe mnóstwo ulic, niezwykle kolorowy targ, na którym kupić można dosłownie wszystko. Co więcej – w weekend, kiedy byłyśmy w La Paz, świętowano właśnie Dia de La Paz, więc miałyśmy okazję zobaczyć też ileś lokalnych występów i było wyjątkowo żywo… może nawet aż za żywo… W El Alto spotkała nas bowiem też trochę mniej przyjemna przygoda. Spacerując tak po barwnych uliczkach w ogromnym tłumie nagle zauważyłyśmy, że skądś leci na nas jakiś piasek, okruchy ziemi czy coś takiego… Trochę zdezorientowane zaczęłyśmy więc to z siebie strzepywać, podeszła też do nas jakaś babka chcąca nam „pomóc”, no a minutę później zauważyłam, że w kieszeni spodni nie mam już telefonu. A zważając, że były to dość obcisłe spodnie i zdawało mi się, że niemożliwym byłoby niezauważenie wyjęcia czegoś z ich kieszeni, trzeba przyznać, że Boliwijczycy są niezwykle sprytni i pomysłowi.

Co do przyjemniejszych rzeczy jeśli chodzi o La Paz, to centrum turystyczne ze swoimi wąskimi uliczkami, mimo że faktycznie mniej autentyczne niż El Alto, jest naprawdę fajnym miejscem do powłóczenia się, zrobienia alpakowych zakupów (swetry, skarpetki, rękawiczki, spódnice i wszystko co tylko można sobie wymarzyć zrobione z alpaki :)) czy odwiedzenia całkiem ciekawego Museo del Coca. W centrum (i to tej jego części trochę już mniej opanowanej przez turystów) znajduje się też niezwykle kolorowy i naprawdę autentyczny latynoski plac, najładniejszy, jaki w Boliwii widziałyśmy.
No i nie można pominąć jednej z głównych atrakcji La Paz, czyli Mercado de la Brujas – Market Czarownic, gdzie znaleźć można magiczne eliksiry i mieszanki na wszystkie możliwe dolegliwości czy problemy (główny składnik – pazur kota!), a nawet, smutno zwisające z niektórych ze stoisk, suszone płody lam (których zakopanie w ogródku przynosi podobno pełnię szczęścia)…

El Alto


Najładniejszy boliwijski plac

Lama :(


Droga Śmierci
I tak najważniejszym punktem programu dla odwiedzających La Paz nie jest samo miasto, ale znajdująca się niedaleko stolicy słynna Droga Śmierci. Na tej położonej w górach, niezwykle wąskiej, pełnej zakrętów i przepaści, uważanej za najniebezpieczniejszą na świecie, drodze corocznie ginęło ok. 300 osób. Obecnie nie jest już użytkowana przez samochody, gdyż wybudowano obok drogę alternatywną, a Death Road stała się atrakcją turystyczną dla rowerzystów. Wystarczy znaleźć firmę w La Paz i można na porządnym górskim rowerze przebyć 70-kilometrową trasę. Mimo swojej nazwy, droga ta dla rowerzystów, oczywiście przy zachowaniu ostrożności, nie jest aż tak niebezpieczna. I co ważne dla tak niedoświadczonych w  kolarstwie górskim jak ja trasa nie jest też aż taka trudna. Zaczyna się na wysokości ponad 4600 metrów, a potem przez prawie cały czas zjeżdża w dół pokonując różnicę 3500 metrów. Niestety nam się z pogodą w tym czasie nie fartnęło i po prześlicznych widokach na początku trasy resztę musieliśmy przebyć w okropnej ulewie i mgle, tak więc praktycznie nic nie było widać, a droga zmieniła się w nie tylko najbardziej niebezpieczną, ale i najbardziej błotnistą drogę świata. Pod koniec wszyscy wyglądaliśmy więc jak potwory z bagien :). Ale i tak było absolutnie rewelacyjnie!



Najniebezpieczniejszy zakręt na najniebezpieczniejszej drodze
Titicaca
A po La Paz i Drodze Śmierci udałyśmy się już w stronę Jeziora Titicaca – czyli najwyżej położonego, żeglownego jeziora świata i położonej u jego brzegu miejscowości o niezwykle swojsko brzmiącej nazwie – Copacabana. Ta Copacabana niestety za dobrego wrażenia nie robi, gdyż jest to najbardziej gringo miejsce, jakie można zobaczyć w Boliwii. Same sklepiki z pamiątkami, knajpy, bary, kawiarnie o cenach dużo bardziej gringo niż gdziekolwiek indziej w tym kraju, a na ulicach słychać wszystkie języki świata.
My zdecydowałyśmy udać się od razu na Isla del Sol i tam spędzić noc. Wyspa Słońca przywitała nas faktycznie słońcem, ale także najbardziej morderczymi schodami świata. Żeby dostać się do głównej miejscowości (a raczej wsi) trzeba było wejść na wielką górę strasznie długimi i stromymi schodami Inków. A z wielkimi plecakami na plecach i na wysokości prawie 4000 metrów nie było to zadanie łatwe. Tak więc jak w końcu udało nam się ten szczyt zdobyć zdecydowałyśmy się zatrzymać w pierwszym lepszym „pensjonacie”. I znów niemiłe zaskoczenie – ceny wszystkiego na wyspie są zdecydowanie wyższe niż typowe boliwijskie standardy. Nie dość, że trzeba zapłacić taksę za pobyt na wyspie, jedzenie jest dość drogie, to w hostelach życzą sobie dodatkowych opłat nawet za papier toaletowy! Ale wyspa i tak faktycznie jest dość urokliwa, słoneczna, sporo inkowych ruin no i rankiem – naprawdę malowniczy wschód słońca :).
Władca Inków

Wschód słońca na Isla del Sol


Mordercze inkowe schody

A kolejne schody zaczęły się już z powrotem w Copacabanie, a właściwie przy próbie wydostania się z miasta i udania do Peru. Najpierw miałyśmy straszne problemy z wydobyciem pieniędzy z bankomatu. Mimo mnóstwa turystów i dość rozbudowanej infrastruktury turystycznej, w mieście jest tylko jeden bankomat, który na dodatek większość czasu nie działa. Póki co bez pieniędzy, ale zdeterminowane, żeby z tego miasta się wydostać zarezerwowałyśmy miejsca (jako że kolejnego dnia miał być strajk komunikacyjny w Peru, więc pozostały tylko ostatnie z miejsc) w jednej z firm na autobus do Arequipy w Peru, obiecując, że wrócimy za dwie godziny, żeby zapłacić. W tym czasie planowałyśmy wypłacić kasę w banku. Na szczęście nagle zaczął działać bankomat (i to jakimś cudem tylko dla mojej karty, która to wcześniej w ogóle odmówiła współpracy w Boliwii), więc w końcu uzyskałyśmy gotówkę, żeby udać się w końcu do Peru. Poszłyśmy więc do firmy, w której rezerwowałyśmy miejsca. No i jak to w Boliwii bywa, okazało się, że naszym miejsc już nie ma. Nie było też pana, który rezerwował dla nas miejsca, a pani go zastępująca stwierdziła że żadnej rezerwacji nie było, skoro nie mamy oficjalnego potwierdzenia (a w Boliwii przecież nikt nigdy oficjalnego potwierdzenia Ci nigdzie nie da), a to co jest napisane na temat naszej rezerwacji w ich zeszycie było według niej tylko jakimś bazgrołem. Znowu była więc powtórka z rozrywki – my się wściekałyśmy, ja krzyczałam, że to firma oszustów, oni krzyczeli na nas… Ale faktem pozostało, że nasze miejsca zostały sprzedane. W końcu musiałyśmy zgodzić się na najbardziej skomplikowane i uciążliwe rozwiązanie, czyli udanie się do Arequipy z dwiema zmianami środków transportu i przesiadkami po drodze – na granicy i w peruwiańskim Puno.

I chociaż Boliwia to prześliczny kraj, to jednak potrafi być czasem na tyle męczący, że potrzebuje się w końcu od niego odpocząć ;). Czas więc na Peru!

wtorek, 30 października 2012

Retrospekcja: Boliwii część 3, czyli Salar

W końcu czas spisać moje wrażenia z Boliwii. Oczywiście miało być inaczej – miałam opisywać wszystko na bieżąco, ale jakoś niestety tak wychodziło, że podczas naszej boliwijsko-peruwiańskiej podróży zbytnio kontaktów z internetem nie miałyśmy, a jak już miałyśmy, to na chwilę, a w czasie tej chwili trzeba było ogarnąć strasznie dużo rzeczy – zaplanować dalszą część podróży, napisać do potencjalnych hostów w kolejnych miastach itp. itd…

Tak więc już z perspektywy czasu stwierdzam, że Boliwia, niekojarząca się wielu osobom z kompletnie niczym interesującym, jest jednym z najbardziej niesamowitych krajów do odwiedzenia. Widoki prześliczne, miasta z reguły też (poza wyjątkowo nieładnym Santa Cruz), do tego bardzo przyjazne ceny, a przede wszystkim tyle ciekawych rzeczy do robienia, co mało gdzie. Jedynym problemem, jakkolwiek smutno to brzmi, byli ludzie. W Boliwii niestety zadziwiająco dużo osób czyha na to, żeby oszukać niewinnego, chcącego poznać ten piękny kraj, turystę. A bez hiszpańskiego naprawdę nawet nie próbuj tam jechać! O pierwszych oszustwach napotykanych na naszej boliwijskiej drodze było już w poprzednich postach, niestety i później sytuacja pod tym względem nie uległa dużej poprawie. Ale i tak było pięknie :).
Pierwsze dni naszej boliwijskiej wycieczki opisałam już jakiś (baaardzo dawny) czas temu. A później oczywiście nadal było ciekawie :).

Salar de Uyuni
Mimo że Boliwia jest tak mało znanym krajem są jednak tam miejsca, które niektórym coś mówią. Jednym z nich jest Salar de Uyuni – ogromne solnisko położone na wysokości 3600 m, kolejny cel naszej podróży. Po zwiedzeniu przepięknych okolic Tupizy w mieście tym wykupiłyśmy 4-dniową wycieczkę na Salar (i w inne okolice południowo-zachodniej Boliwii). Chociaż większość kojarzy tylko Salar, to wydaje mi się, że odwiedzenie Boliwii i tego słynnego Salaru nie byłoby kompletne bez zobaczenia cudownych, kolorowych lagun, pokrytych śniegiem wulkanów i niesamowitych form skalnych w okolicy. Naprawdę niewiele tak pięknych miejsc widziałam wcześniej jak podczas tej wycieczki. Z moją towarzyszką podróży zgodnie stwierdziłyśmy, że to zdecydowanie poziom piękności Patagonii. Była Laguna Colorada o czerwonej wodzie z brodzącymi w niej flamingami, zielona Laguna Verde, otoczona ogromnymi wulkanami, były śmierdzące gejzery, biegające wszędzie lamy, skały jak z podręczników od geografii, gorące źródła i wiele innych pięknych miejsc... No a potem oczywiście juz wielkie białe przestrzenie ogromnej solniczki, czyli Salar de Uyuni ze skalisto-kaktusową wyspą pośrodku – Isla del Pescado, na której szczyt musieliśmy wdrapać się o 6 rano, tak żeby zdążyć na wschód słońca nad Salarem. Mimo że wcale nie było tak dużej różnicy wysokości, nie było zbyt stromo i w ogóle wydawało się lajtowo, to moje zmęczenie było niemiłosierne. Jednak ogromne wysokości bezwzględne (tu było to ponad 3600 m n.p.m.) mogą sprawić, że nocne zdobywanie nawet stosunkowo małych szczytów takie proste nie jest ;P. Na szczęście było warto:).

Minusem zwiedzania tych regionów są temperatury. Jako, że jest się cały czas na wysokości ok. 4000m, a czasem nawet bliżej 5000 m potrafi być tu naprawdę przeraźliwie zimno. W dzień w związku z ładnie świecącym słońcem jakoś jeszcze ujdzie, ale w nocy, zwłaszcza śpiąc w nieogrzewanych pseudo-barakach przy temperaturze -10 stopni jest naprawdę ciężko. Tak naprawdę jednak największym zawodem wielu z salarowych wycieczek są firmy, z którymi okolice się te zwiedza. Niestety tu nie ma za bardzo jak zobaczyć to wszystko samemu. W okolicach salarowych nie ma zbytnio dróg, trzeba jechać przez naprawdę ekstremalne tereny i bez dobrego samochodu i znającego drogę kierowcy byłoby ciężko. Nasza firma niestety (ale tak jak podobno większość, o czym przekonałyśmy się po wysłuchaniu wielu nieprzyjemnych historii innych osób) się tu szczególnie nie spisała. Nasz kierowco-mechaniko-przewodnik w rzeczywistości okazał się przede wszystkim kierowcą, a nie przewodnikiem. Mimo że i tak naszym zdaniem trafił wyjątkowo szczęśliwie na grupę (w sumie było nas 5 osób – my dwie, dwójka Australijczyków i Angol), która rozumiała po hiszpańsku i nie musiał się nawet w ogóle wysilać z angielskim, to i tak nie był skłonny do opowiadania nam o odwiedzanych miejscach. Wydawał się wręcz bardzo nieszczęśliwy, gdy ktoś zapragnął się o coś zapytać.
Naszą wycieczkę zakończyłyśmy w mieście Uyuni. Tu też zwiedziłyśmy Cementerio de Trenes, czyli mnóstwo zardzewiałych, starych pociągów zgromadzonych w jednym miejscu (idealne podsumowanie Natalii: „W Polsce tyle złomu w jednym miejscu by się nie uchowało” ;)). I tu też spotkałyśmy pierwszych Polaków na naszej trasie – bardzo pozytywną parę będącą właśnie w podróży dookoła świata.

Droga do La Paz
A wieczorem wsiadłyśmy już do autobusu nocnego w kierunku La Paz. Stwierdziłyśmy, że wykupimy nieco droższy (bo o równowartość 15 złotych) autobus klasy „turystycznej”, żeby uniknąć zamarzania w nocy oraz przygód z ciągłym psuciem się autobusu. Niestety okazało się, że w Boliwii nie istnieje coś takiego jak dobry autobus i nigdy nie ma się gwarancji, że dojedzie się bezproblemowo do celu. Nasz podobno super fajny autobus przekroczył w tym wypadku wszelkie możliwe granice przyzwoitości psując się już jakieś 15 minut od wyjechania z miasta. Tak więc musieliśmy znów stać w jakimś polu czekając aż postukają w autobus tyle czasu, aż zechce znów dalej jechać. Oczywiście w dalszej drodze ileś kolejnych napraw jeszcze się zdarzało aż (szczęśliwie już w La Paz i to bardzo blisko dworca autobusowego) autobus ostatecznie odmówił współpracy i wyprosili z niego wszystkich pasażerów ;).

A poniżej parę salarowych zdjęć:
Było wysoko :D

Było mokro

Były zamarznięte laguny

I te do połowy zamarznięte - Laguna Verde

Były śmierdzące zgniłymi jajami gejzery

Były laguny czerwonawe

Był Arbol de Piedra (Kamienne Drzewo)

Była laguna pełna flamingów

Był zakaz latania ;)
Były flamingi posłuszne i nielatające!
Był wielki Salar!



 

wtorek, 10 lipca 2012

Boliwijskie perypetie

-->
Mija właśnie ósmy dzień naszego pobytu w Boliwii. Jesteśmy w ślicznej Tupizie, ale dostanie się tu łatwe nie było. Tak wiec po kolei: 
Dzień 4 i 5
Boliwia to piękny kraj (widoki są jeszcze ładniejsze niż można by się spodziewać), ale jest to też kraj, w którym nic nie jest proste. A przede wszystkim – poruszanie się z miejsca na miejsce jest tu wybitnie trudne. Po pobycie w Santa Cruz, w piątek rano udałyśmy się do Samaipaty – małego miasteczka niedaleko Santa Cruz, gdzie ogląda się różne poinkaskie ruiny itd. Najpierw jednak razem z naszym hostem udałyśmy się na dworzec, żeby ogarnąć kwestię późniejszego dojazdu z Samaipaty do kolejnego naszego celu, Sucre. Plan był bowiem taki, żeby w piątek zwiedzać do wieczora Samaipatę, a potem wieczorem udać się już do Sucre. Jako że jest to ok. 12 godzin jazdy, stwierdziłyśmy, że lepiej wziąć nocny autobus. Nasz host poradził nam kupić bilety od razu w Santa Cruz na autobus, który jechał przez Samaipatę, gdyż na miejscu ponoć nie wiadomo czy da się  kupić. Tak więc uczyniłyśmy, ustaliłyśmy też w firmie Bolivar, w której kupowałyśmy bilety, że mają zatrzymać się na stacji benzynowej w Samaipacie i tam nas odebrać ok. 20.00.
Szczęśliwe z wszystkich ustaleń udałyśmy się do Samaipaty. Jedynie trzy godziny jazdy busem przez zielone wzgórza i byłyśmy na miejscu. Miasteczko okazało się bardzo przyjemne, trochę tylko zdominowane przez gringos. Głównie chodzi tu jednak nie o miasto, a o El Fuerte – położone na wzgórzu pozostałości po Inkach, taka mniejsza wersja Machu Picchu. Widoki i spacer wśród ruin - zdecydowanie godne polecenia. Wycieczkę można by uznać za naprawdę udaną, gdyby nie problemy, które napotkałyśmy próbując wydostać się z miasta. Zgodnie z planem udałyśmy się na stację benzynową przy wylocie z miasta, gdzie miałyśmy wsiąść do autobusu do Sucre. Na wszelki wypadek byłyśmy trochę wcześniej. I zaczęło się czekanie… Nagle zobaczyłyśmy autobus firmy Bolivar, który przejechał koło stacji. Stwierdziłyśmy jednak, że jest jeszcze wcześnie i to na pewno nie ten, tylko wcześniejszy, który też miał tędy jechać. Na wszelki wypadek przeszłyśmy jednak na drugą stronę ulicy, gdzie przejeżdżały wszystkie autobusy do Sucre, żeby ten właściwy nam nie uciekł. Tak więc czekałyśmy dalej, aż zobaczyłyśmy kolejny, tym razem nasz, autobus firmy Bolivar. Zaczęłyśmy więc machać na niego stojąc na ulicy, żeby aby o nas nie zapomniał. Ale oczywiście kierowca olał nasze machanie i przejechał koło nas nawet nie zwalniając. Tym samym wykupione przez nas  miejsca właśnie pojechały bez nas do Sucre. Jeszcze przez jakąś godzinę czekałyśmy na inny autobus firmy Bolivar, łudząc się, że może jednak tamten nie był nasz, ale w końcu zwątpiłyśmy i wsiadłyśmy do pierwszego lepszego innego autobusu, który właśnie przejeżdżał. Musiałyśmy więc kupić bilety kolejny raz i znów wydać 90 bolivianos, czyli 45 zł (jak za 12 godzin jazdy nie jest to za wysoka cena, ale zawsze lepiej nie wydawać tego dwa razy na te samą trasę). Niestety autobus, który złapałyśmy przedstawiał na dodatek dość tragiczny obraz – sami localsi z mnóstwem tobołów w środku, dzieci leżące na korytarzu, rozwalone fotele, prawdziwy folklor. A droga, którą jedzie się do Sucre też nie jest najlepsza, a właściwie to jest najbardziej niepewną drogą, jaką kiedykolwiek jechałam. Jedzie się przez góry serpentynami, mijając o parę centymetrów ogromne przepaści. Do tego całkowity brak asfaltu, a najgorsze trzęsienie, jakie kiedykolwiek przeżyłam uniemożliwia spanie, czytanie i cokolwiek. Na dodatek ok. 3 w nocy autobus postanowił się zepsuć i to na środku jakiejś pustyni. Na szczęście jakimś cudem udało się dość szybko autobus naprawić (powalili trochę w silnik i w końcu zaczął działać).
W końcu przed 10 rano w sobotę całkowicie wytrzęsione dotarłyśmy do Sucre. Tu znów zaczęło się użeranie z firmą Bolivar w sprawie zwrotu kasy za autobus, który nas olał. Po iluś rozmowach, krzykach, dyskusjach udało się nam! Więc chociaż pokazałyśmy, że nie jesteśmy aż takie gringo i umiemy się (i to po hiszpańsku!) wykłócić o swoje. Jeśli jednak ktokolwiek w przyszłości będzie zastanawiał się nad podróżą z Samaipaty do Sucre, to po pierwsze nie z firmą Bolivar, a po drugie nie ma potrzeby kupowania biletu wcześniej, wystarczy zatrzymać jakiś z autobusów jadących przez Samaipatę (właściwie wszystkie, poza Bolivarem, się zatrzymywały).
Ale żeby nie było tak źle – Sucre przywitało nas super pogodą. Zwłaszcza jak na wysokość prawie 3000 metrów, na której się znajduje oraz fakt, że jest właśnie zima, jest co najmniej dziwne, że można było chodzić na krótki rękaw i w szortach! Poza tym miasto jest naprawdę śliczne – białe, bardzo ładne budynki w centrum, wszystko zadziwiająco uporządkowane, do tego czysto. Nic dziwnego, że jest uważane za najładniejsze miasto w Boliwii. No ale znowu, żeby nie było za pięknie – w związku z tym, że akurat była sobota, większość muzeów, kościołów itp. była pozamykana (nie wiem kto wpadł tu na tak inteligentny pomysł, żeby zamykać wszystko akurat w sobotę, gdy przecież w każdym innym kraju jest to najlepszy czas na odwiedzanie muzeów). Ale i tak same spacerowanie po centrum, odwiedzenie tego, co odwiedzić się dało i widok na miasto z góry pozwala na docenienie piękna Sucre.
Dzień 6 i 7
Kolejnego dnia udałyśmy się już do Potosi - uważanego za najwyżej położone miasto na świecie (trochę ponad 4000 metrów!). Straszono nas przed przyjazdem tu chorobą wysokościową – wymiotami, zawrotami głowy itd. Generalnie to jednak tak źle nie było, jedynie dość ciężko się chodzi, dużo szybciej się męczymy i czasem coś brakuje oddechu. Jednak nie przyjechałyśmy tu tylko po to, żeby sprawdzić naszą wytrzymałość na przebywanie na wysokościach. Potosi to miasto górników. Jest tu ileś kopalni, w których od dawien dawna wydobywało się srebro. Teraz część z tych kopalni służy także jako atrakcja turystyczna, dlatego prawie każdy gringo, który odwiedza Boliwię udaje się też do Potosi, żeby zejść do kopalni i zobaczyć jak wygląda praca tam. I tu oczywiście znów, żeby za prosto nie było, nie poszczęściło nam się zbytnio. W związku z tym, że była niedziela, górnicy nie pracują, a wycieczka do pustej kopalni trochę mija się tu z celem. Zdecydowałyśmy w końcu przedłużyć więc nasz pobyt w Potosi z jednego do dwóch dni i zostać na poniedziałek, tak żeby udać się wtedy na wycieczkę do kopalni. A w niedzielę w końcu udało się nam mieć trochę bardziej chilloutowy dzień. Spacer po mieście, zakupy, próbowanie lokalnych przysmaków, wizyta w bardzo ciekawym klasztorze Santa Teresa i przyklasztornym muzeum (wszystkie inne muzea i kościoły były zamknięte, bo przecież niedziela, więc kto by wpadł na tak dziwny pomysł jak otwieranie kościołów w niedzielę :P)… Trzeba przyznać, że Potosi jest również bardzo ładnym miastem z mnóstwem małych, uroczych uliczek i ładnych budynków.
Największą atrakcją Potosi są jednak kopalnie. Po wizycie w jednej z nich już wiem dlaczego. To jest coś, co trzeba zobaczyć. Kopalnie, które się zwiedza, to kopalnie, w których wciąż pracują górnicy, zaczynając w wieku kilkunastu lat, pracując ok. 12 h na dobę, mało kto z nich przeżywa więcej niż 15 lat od rozpoczęcia pracy w kopalni. Dla nas już sama wizyta w kopalni była wybitnie męcząca, naprawdę nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak się zmęczyła w czasie wycieczki. Kopalnia znajduje się na wys. 4200 m i stamtąd zaczyna się schodzić w jej głąb. Mimo, że nie zeszliśmy do najniższych poziomów, na których pracują górnicy, to już te zejście kilkadziesiąt metrów było katorgą. Pyły, gazy, gorąco, przeciskanie się przez korytarze i czołganie się. Widok pracujących tam górników też nie był najprzyjemniejszy. Ale było to coś, co naprawdę warto przeżyć.

Dzień 8
Po dwóch dniach spędzonych w Potosi, dojechałyśmy do innego miasta - Tupizy, która jest jednym z ładniej położonych miast, jakie widziałam, dookoła góry, niesamowite skały, klimat rodem z westernów. A jazda konno tu to naprawdę prawdziwy dziki zachód. A że nie da się tego opisać, to jak w przyszłości uda mi się gdzieś jeszcze dostać do internetu, to może wrzucę zdjęcia :) A póki co udajemy się na wycieczkę na Salar de Uyuni, więc będzie kilka dni całkowicie bez cywilizacji.

EDIT - spóźnione foty z Tupizy: