==>
La Paz
Po autobusowych
problemach wylądowałyśmy w końcu w najwyżej położonej stolicy świata. I od razu
musiałyśmy udać się do El Alto – jednej z biedniejszych, oddalonych
zdecydowanie od centrum części miasta. Tam pracował bowiem nasz couchsurfingowy
host, który to przywitał nas w swoim ulubionym języku niemieckim, którego ja
już wcale nie byłam w stanie sobie przypomnieć, więc nasze rozmowy wyglądały
niezwykle ciekawie. On – po niemiecku, ja – po hiszpańsku, Natalia – trochę tak,
trochę tak :).
Ale wracając
już do El Alto – okazało się, że stanowi ono idealny mirador z widokiem na całe
miasto, otoczone niezwykle urodziwie przez ośnieżone szczyty wulkanów. Bo choć
może samo w sobie La Paz nie jest jakoś powalająco piękne, może śmiało uchodzić
za jedno z najładniej położonych miast na świecie (no może poza Rio ;)). A
dodatkowo trafiłyśmy tam akurat w niedzielę, kiedy to odbywa się ogromny,
obejmujący całe mnóstwo ulic, niezwykle kolorowy targ, na którym kupić można
dosłownie wszystko. Co więcej – w weekend, kiedy byłyśmy w La Paz, świętowano właśnie
Dia de La Paz, więc miałyśmy okazję zobaczyć też ileś lokalnych występów i było
wyjątkowo żywo… może nawet aż za żywo… W El Alto spotkała nas bowiem też trochę
mniej przyjemna przygoda. Spacerując tak po barwnych uliczkach w ogromnym
tłumie nagle zauważyłyśmy, że skądś leci na nas jakiś piasek, okruchy ziemi czy
coś takiego… Trochę zdezorientowane zaczęłyśmy więc to z siebie strzepywać,
podeszła też do nas jakaś babka chcąca nam „pomóc”, no a minutę później
zauważyłam, że w kieszeni spodni nie mam już telefonu. A zważając, że były to
dość obcisłe spodnie i zdawało mi się, że niemożliwym byłoby niezauważenie
wyjęcia czegoś z ich kieszeni, trzeba przyznać, że Boliwijczycy są niezwykle
sprytni i pomysłowi.
Co do
przyjemniejszych rzeczy jeśli chodzi o La Paz, to centrum turystyczne ze swoimi
wąskimi uliczkami, mimo że faktycznie mniej autentyczne niż El Alto, jest
naprawdę fajnym miejscem do powłóczenia się, zrobienia alpakowych zakupów
(swetry, skarpetki, rękawiczki, spódnice i wszystko co tylko można sobie
wymarzyć zrobione z alpaki :)) czy odwiedzenia całkiem ciekawego Museo del Coca. W
centrum (i to tej jego części trochę już mniej opanowanej przez turystów) znajduje
się też niezwykle kolorowy i naprawdę autentyczny latynoski plac, najładniejszy,
jaki w Boliwii widziałyśmy.
No i nie
można pominąć jednej z głównych atrakcji La Paz, czyli Mercado de la Brujas –
Market Czarownic, gdzie znaleźć można magiczne eliksiry i mieszanki na
wszystkie możliwe dolegliwości czy problemy (główny składnik – pazur kota!), a nawet,
smutno zwisające z niektórych ze stoisk, suszone płody lam (których zakopanie w
ogródku przynosi podobno pełnię szczęścia)…
| El Alto |
| Najładniejszy boliwijski plac |
| Lama :( |
Droga
Śmierci
I tak najważniejszym
punktem programu dla odwiedzających La Paz nie jest samo miasto, ale znajdująca
się niedaleko stolicy słynna Droga Śmierci. Na tej położonej w górach, niezwykle
wąskiej, pełnej zakrętów i przepaści, uważanej za najniebezpieczniejszą na
świecie, drodze corocznie ginęło ok. 300 osób. Obecnie nie jest już użytkowana
przez samochody, gdyż wybudowano obok drogę alternatywną, a Death Road stała
się atrakcją turystyczną dla rowerzystów. Wystarczy znaleźć firmę w La Paz i
można na porządnym górskim rowerze przebyć 70-kilometrową trasę. Mimo swojej
nazwy, droga ta dla rowerzystów, oczywiście przy zachowaniu ostrożności, nie
jest aż tak niebezpieczna. I co ważne dla tak niedoświadczonych w kolarstwie górskim jak ja trasa nie jest też
aż taka trudna. Zaczyna się na wysokości ponad 4600 metrów, a potem przez
prawie cały czas zjeżdża w dół pokonując różnicę 3500 metrów. Niestety nam się
z pogodą w tym czasie nie fartnęło i po prześlicznych widokach na początku
trasy resztę musieliśmy przebyć w okropnej ulewie i mgle, tak więc praktycznie
nic nie było widać, a droga zmieniła się w nie tylko najbardziej niebezpieczną,
ale i najbardziej błotnistą drogę świata. Pod koniec wszyscy wyglądaliśmy więc
jak potwory z bagien :). Ale i tak było absolutnie rewelacyjnie!
![]() |
| Najniebezpieczniejszy zakręt na najniebezpieczniejszej drodze |
Titicaca
A po La Paz
i Drodze Śmierci udałyśmy się już w stronę Jeziora Titicaca – czyli najwyżej
położonego, żeglownego jeziora świata i położonej u jego brzegu miejscowości o
niezwykle swojsko brzmiącej nazwie – Copacabana. Ta Copacabana niestety za
dobrego wrażenia nie robi, gdyż jest to najbardziej gringo miejsce, jakie można
zobaczyć w Boliwii. Same sklepiki z pamiątkami, knajpy, bary, kawiarnie o
cenach dużo bardziej gringo niż gdziekolwiek indziej w tym kraju, a na ulicach
słychać wszystkie języki świata.
My
zdecydowałyśmy udać się od razu na Isla del Sol i tam spędzić noc. Wyspa Słońca
przywitała nas faktycznie słońcem, ale także najbardziej morderczymi schodami
świata. Żeby dostać się do głównej miejscowości (a raczej wsi) trzeba było
wejść na wielką górę strasznie długimi i stromymi schodami Inków. A z wielkimi
plecakami na plecach i na wysokości prawie 4000 metrów nie było to zadanie
łatwe. Tak więc jak w końcu udało nam się ten szczyt zdobyć zdecydowałyśmy się
zatrzymać w pierwszym lepszym „pensjonacie”. I znów niemiłe zaskoczenie – ceny wszystkiego
na wyspie są zdecydowanie wyższe niż typowe boliwijskie standardy. Nie dość, że
trzeba zapłacić taksę za pobyt na wyspie, jedzenie jest dość drogie, to w
hostelach życzą sobie dodatkowych opłat nawet za papier toaletowy! Ale wyspa i
tak faktycznie jest dość urokliwa, słoneczna, sporo inkowych ruin no i rankiem –
naprawdę malowniczy wschód słońca :).
| Władca Inków |
| Wschód słońca na Isla del Sol |
| Mordercze inkowe schody |
A kolejne
schody zaczęły się już z powrotem w Copacabanie, a właściwie przy próbie
wydostania się z miasta i udania do Peru. Najpierw miałyśmy straszne problemy z
wydobyciem pieniędzy z bankomatu. Mimo mnóstwa turystów i dość rozbudowanej
infrastruktury turystycznej, w mieście jest tylko jeden bankomat, który na dodatek
większość czasu nie działa. Póki co bez pieniędzy, ale zdeterminowane, żeby z
tego miasta się wydostać zarezerwowałyśmy miejsca (jako że kolejnego dnia miał
być strajk komunikacyjny w Peru, więc pozostały tylko ostatnie z miejsc) w
jednej z firm na autobus do Arequipy w Peru, obiecując, że wrócimy za dwie
godziny, żeby zapłacić. W tym czasie planowałyśmy wypłacić kasę w banku. Na
szczęście nagle zaczął działać bankomat (i to jakimś cudem tylko dla mojej
karty, która to wcześniej w ogóle odmówiła współpracy w Boliwii), więc w końcu
uzyskałyśmy gotówkę, żeby udać się w końcu do Peru. Poszłyśmy więc do firmy, w
której rezerwowałyśmy miejsca. No i jak to w Boliwii bywa, okazało się, że
naszym miejsc już nie ma. Nie było też pana, który rezerwował dla nas miejsca,
a pani go zastępująca stwierdziła że żadnej rezerwacji nie było, skoro nie mamy
oficjalnego potwierdzenia (a w Boliwii przecież nikt nigdy oficjalnego
potwierdzenia Ci nigdzie nie da), a to co jest napisane na temat naszej
rezerwacji w ich zeszycie było według niej tylko jakimś bazgrołem. Znowu była
więc powtórka z rozrywki – my się wściekałyśmy, ja krzyczałam, że to firma
oszustów, oni krzyczeli na nas… Ale faktem pozostało, że nasze miejsca zostały
sprzedane. W końcu musiałyśmy zgodzić się na najbardziej skomplikowane i
uciążliwe rozwiązanie, czyli udanie się do Arequipy z dwiema zmianami środków
transportu i przesiadkami po drodze – na granicy i w peruwiańskim Puno.
I chociaż Boliwia to prześliczny kraj, to jednak potrafi być czasem na tyle męczący, że potrzebuje się w końcu od niego odpocząć ;). Czas więc na Peru!

