wtorek, 30 października 2012

Retrospekcja: Boliwii część 3, czyli Salar

W końcu czas spisać moje wrażenia z Boliwii. Oczywiście miało być inaczej – miałam opisywać wszystko na bieżąco, ale jakoś niestety tak wychodziło, że podczas naszej boliwijsko-peruwiańskiej podróży zbytnio kontaktów z internetem nie miałyśmy, a jak już miałyśmy, to na chwilę, a w czasie tej chwili trzeba było ogarnąć strasznie dużo rzeczy – zaplanować dalszą część podróży, napisać do potencjalnych hostów w kolejnych miastach itp. itd…

Tak więc już z perspektywy czasu stwierdzam, że Boliwia, niekojarząca się wielu osobom z kompletnie niczym interesującym, jest jednym z najbardziej niesamowitych krajów do odwiedzenia. Widoki prześliczne, miasta z reguły też (poza wyjątkowo nieładnym Santa Cruz), do tego bardzo przyjazne ceny, a przede wszystkim tyle ciekawych rzeczy do robienia, co mało gdzie. Jedynym problemem, jakkolwiek smutno to brzmi, byli ludzie. W Boliwii niestety zadziwiająco dużo osób czyha na to, żeby oszukać niewinnego, chcącego poznać ten piękny kraj, turystę. A bez hiszpańskiego naprawdę nawet nie próbuj tam jechać! O pierwszych oszustwach napotykanych na naszej boliwijskiej drodze było już w poprzednich postach, niestety i później sytuacja pod tym względem nie uległa dużej poprawie. Ale i tak było pięknie :).
Pierwsze dni naszej boliwijskiej wycieczki opisałam już jakiś (baaardzo dawny) czas temu. A później oczywiście nadal było ciekawie :).

Salar de Uyuni
Mimo że Boliwia jest tak mało znanym krajem są jednak tam miejsca, które niektórym coś mówią. Jednym z nich jest Salar de Uyuni – ogromne solnisko położone na wysokości 3600 m, kolejny cel naszej podróży. Po zwiedzeniu przepięknych okolic Tupizy w mieście tym wykupiłyśmy 4-dniową wycieczkę na Salar (i w inne okolice południowo-zachodniej Boliwii). Chociaż większość kojarzy tylko Salar, to wydaje mi się, że odwiedzenie Boliwii i tego słynnego Salaru nie byłoby kompletne bez zobaczenia cudownych, kolorowych lagun, pokrytych śniegiem wulkanów i niesamowitych form skalnych w okolicy. Naprawdę niewiele tak pięknych miejsc widziałam wcześniej jak podczas tej wycieczki. Z moją towarzyszką podróży zgodnie stwierdziłyśmy, że to zdecydowanie poziom piękności Patagonii. Była Laguna Colorada o czerwonej wodzie z brodzącymi w niej flamingami, zielona Laguna Verde, otoczona ogromnymi wulkanami, były śmierdzące gejzery, biegające wszędzie lamy, skały jak z podręczników od geografii, gorące źródła i wiele innych pięknych miejsc... No a potem oczywiście juz wielkie białe przestrzenie ogromnej solniczki, czyli Salar de Uyuni ze skalisto-kaktusową wyspą pośrodku – Isla del Pescado, na której szczyt musieliśmy wdrapać się o 6 rano, tak żeby zdążyć na wschód słońca nad Salarem. Mimo że wcale nie było tak dużej różnicy wysokości, nie było zbyt stromo i w ogóle wydawało się lajtowo, to moje zmęczenie było niemiłosierne. Jednak ogromne wysokości bezwzględne (tu było to ponad 3600 m n.p.m.) mogą sprawić, że nocne zdobywanie nawet stosunkowo małych szczytów takie proste nie jest ;P. Na szczęście było warto:).

Minusem zwiedzania tych regionów są temperatury. Jako, że jest się cały czas na wysokości ok. 4000m, a czasem nawet bliżej 5000 m potrafi być tu naprawdę przeraźliwie zimno. W dzień w związku z ładnie świecącym słońcem jakoś jeszcze ujdzie, ale w nocy, zwłaszcza śpiąc w nieogrzewanych pseudo-barakach przy temperaturze -10 stopni jest naprawdę ciężko. Tak naprawdę jednak największym zawodem wielu z salarowych wycieczek są firmy, z którymi okolice się te zwiedza. Niestety tu nie ma za bardzo jak zobaczyć to wszystko samemu. W okolicach salarowych nie ma zbytnio dróg, trzeba jechać przez naprawdę ekstremalne tereny i bez dobrego samochodu i znającego drogę kierowcy byłoby ciężko. Nasza firma niestety (ale tak jak podobno większość, o czym przekonałyśmy się po wysłuchaniu wielu nieprzyjemnych historii innych osób) się tu szczególnie nie spisała. Nasz kierowco-mechaniko-przewodnik w rzeczywistości okazał się przede wszystkim kierowcą, a nie przewodnikiem. Mimo że i tak naszym zdaniem trafił wyjątkowo szczęśliwie na grupę (w sumie było nas 5 osób – my dwie, dwójka Australijczyków i Angol), która rozumiała po hiszpańsku i nie musiał się nawet w ogóle wysilać z angielskim, to i tak nie był skłonny do opowiadania nam o odwiedzanych miejscach. Wydawał się wręcz bardzo nieszczęśliwy, gdy ktoś zapragnął się o coś zapytać.
Naszą wycieczkę zakończyłyśmy w mieście Uyuni. Tu też zwiedziłyśmy Cementerio de Trenes, czyli mnóstwo zardzewiałych, starych pociągów zgromadzonych w jednym miejscu (idealne podsumowanie Natalii: „W Polsce tyle złomu w jednym miejscu by się nie uchowało” ;)). I tu też spotkałyśmy pierwszych Polaków na naszej trasie – bardzo pozytywną parę będącą właśnie w podróży dookoła świata.

Droga do La Paz
A wieczorem wsiadłyśmy już do autobusu nocnego w kierunku La Paz. Stwierdziłyśmy, że wykupimy nieco droższy (bo o równowartość 15 złotych) autobus klasy „turystycznej”, żeby uniknąć zamarzania w nocy oraz przygód z ciągłym psuciem się autobusu. Niestety okazało się, że w Boliwii nie istnieje coś takiego jak dobry autobus i nigdy nie ma się gwarancji, że dojedzie się bezproblemowo do celu. Nasz podobno super fajny autobus przekroczył w tym wypadku wszelkie możliwe granice przyzwoitości psując się już jakieś 15 minut od wyjechania z miasta. Tak więc musieliśmy znów stać w jakimś polu czekając aż postukają w autobus tyle czasu, aż zechce znów dalej jechać. Oczywiście w dalszej drodze ileś kolejnych napraw jeszcze się zdarzało aż (szczęśliwie już w La Paz i to bardzo blisko dworca autobusowego) autobus ostatecznie odmówił współpracy i wyprosili z niego wszystkich pasażerów ;).

A poniżej parę salarowych zdjęć:
Było wysoko :D

Było mokro

Były zamarznięte laguny

I te do połowy zamarznięte - Laguna Verde

Były śmierdzące zgniłymi jajami gejzery

Były laguny czerwonawe

Był Arbol de Piedra (Kamienne Drzewo)

Była laguna pełna flamingów

Był zakaz latania ;)
Były flamingi posłuszne i nielatające!
Był wielki Salar!



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz