W końcu czas
spisać moje wrażenia z Boliwii. Oczywiście miało być inaczej – miałam opisywać
wszystko na bieżąco, ale jakoś niestety tak wychodziło, że podczas naszej boliwijsko-peruwiańskiej
podróży zbytnio kontaktów z internetem nie miałyśmy, a jak już miałyśmy, to na
chwilę, a w czasie tej chwili trzeba było ogarnąć strasznie dużo rzeczy – zaplanować
dalszą część podróży, napisać do potencjalnych hostów w kolejnych miastach itp.
itd…
Tak więc już
z perspektywy czasu stwierdzam, że Boliwia, niekojarząca się wielu osobom z
kompletnie niczym interesującym, jest jednym z najbardziej niesamowitych krajów
do odwiedzenia. Widoki prześliczne, miasta z reguły też (poza wyjątkowo
nieładnym Santa Cruz), do tego bardzo przyjazne ceny, a przede wszystkim tyle
ciekawych rzeczy do robienia, co mało gdzie. Jedynym problemem, jakkolwiek
smutno to brzmi, byli ludzie. W Boliwii niestety zadziwiająco dużo osób czyha
na to, żeby oszukać niewinnego, chcącego poznać ten piękny kraj, turystę. A bez
hiszpańskiego naprawdę nawet nie próbuj tam jechać! O pierwszych oszustwach
napotykanych na naszej boliwijskiej drodze było już w poprzednich postach,
niestety i później sytuacja pod tym względem nie uległa dużej poprawie. Ale i
tak było pięknie :).
Pierwsze dni
naszej boliwijskiej wycieczki opisałam już jakiś (baaardzo dawny) czas temu. A
później oczywiście nadal było ciekawie :).
Salar de
Uyuni
Mimo że
Boliwia jest tak mało znanym krajem są jednak tam miejsca, które niektórym coś
mówią. Jednym z nich jest Salar de Uyuni – ogromne solnisko położone na
wysokości 3600 m, kolejny cel naszej podróży. Po zwiedzeniu przepięknych okolic
Tupizy w mieście tym wykupiłyśmy 4-dniową wycieczkę na Salar (i w inne okolice
południowo-zachodniej Boliwii). Chociaż większość kojarzy tylko Salar, to
wydaje mi się, że odwiedzenie Boliwii i tego słynnego Salaru nie byłoby
kompletne bez zobaczenia cudownych, kolorowych lagun, pokrytych śniegiem wulkanów
i niesamowitych form skalnych w okolicy. Naprawdę niewiele tak pięknych miejsc
widziałam wcześniej jak podczas tej wycieczki. Z moją towarzyszką podróży
zgodnie stwierdziłyśmy, że to zdecydowanie poziom piękności Patagonii. Była
Laguna Colorada o czerwonej wodzie z brodzącymi w niej flamingami, zielona
Laguna Verde, otoczona ogromnymi wulkanami, były śmierdzące gejzery, biegające
wszędzie lamy, skały jak z podręczników od geografii, gorące źródła i wiele
innych pięknych miejsc... No a potem oczywiście juz wielkie białe przestrzenie
ogromnej solniczki, czyli Salar de Uyuni ze skalisto-kaktusową wyspą pośrodku –
Isla del Pescado, na której szczyt musieliśmy wdrapać się o 6 rano, tak żeby
zdążyć na wschód słońca nad Salarem. Mimo że wcale nie było tak dużej różnicy
wysokości, nie było zbyt stromo i w ogóle wydawało się lajtowo, to moje
zmęczenie było niemiłosierne. Jednak ogromne wysokości bezwzględne (tu było to
ponad 3600 m n.p.m.) mogą sprawić, że nocne zdobywanie nawet stosunkowo małych
szczytów takie proste nie jest ;P. Na szczęście było warto:).
Minusem zwiedzania
tych regionów są temperatury. Jako, że jest się cały czas na wysokości ok.
4000m, a czasem nawet bliżej 5000 m potrafi być tu naprawdę przeraźliwie zimno.
W dzień w związku z ładnie świecącym słońcem jakoś jeszcze ujdzie, ale w nocy,
zwłaszcza śpiąc w nieogrzewanych pseudo-barakach przy temperaturze -10 stopni
jest naprawdę ciężko. Tak naprawdę jednak największym zawodem wielu z
salarowych wycieczek są firmy, z którymi okolice się te zwiedza. Niestety tu
nie ma za bardzo jak zobaczyć to wszystko samemu. W okolicach salarowych nie ma
zbytnio dróg, trzeba jechać przez naprawdę ekstremalne tereny i bez dobrego
samochodu i znającego drogę kierowcy byłoby ciężko. Nasza firma niestety (ale
tak jak podobno większość, o czym przekonałyśmy się po wysłuchaniu wielu
nieprzyjemnych historii innych osób) się tu szczególnie nie spisała. Nasz
kierowco-mechaniko-przewodnik w rzeczywistości okazał się przede wszystkim
kierowcą, a nie przewodnikiem. Mimo że i tak naszym zdaniem trafił wyjątkowo
szczęśliwie na grupę (w sumie było nas 5 osób – my dwie, dwójka Australijczyków
i Angol), która rozumiała po hiszpańsku i nie musiał się nawet w ogóle wysilać
z angielskim, to i tak nie był skłonny do opowiadania nam o odwiedzanych
miejscach. Wydawał się wręcz bardzo nieszczęśliwy, gdy ktoś zapragnął się o coś
zapytać.
Naszą
wycieczkę zakończyłyśmy w mieście Uyuni. Tu też zwiedziłyśmy Cementerio de
Trenes, czyli mnóstwo zardzewiałych, starych pociągów zgromadzonych w jednym
miejscu (idealne podsumowanie Natalii: „W Polsce tyle złomu w jednym miejscu by
się nie uchowało” ;)). I tu też spotkałyśmy pierwszych Polaków na naszej trasie
– bardzo pozytywną parę będącą właśnie w podróży dookoła świata.
Droga do La
Paz
A wieczorem
wsiadłyśmy już do autobusu nocnego w kierunku La Paz. Stwierdziłyśmy, że
wykupimy nieco droższy (bo o równowartość 15 złotych) autobus klasy „turystycznej”,
żeby uniknąć zamarzania w nocy oraz przygód z ciągłym psuciem się autobusu.
Niestety okazało się, że w Boliwii nie istnieje coś takiego jak dobry autobus i
nigdy nie ma się gwarancji, że dojedzie się bezproblemowo do celu. Nasz podobno
super fajny autobus przekroczył w tym wypadku wszelkie możliwe granice
przyzwoitości psując się już jakieś 15 minut od wyjechania z miasta. Tak więc
musieliśmy znów stać w jakimś polu czekając aż postukają w autobus tyle czasu,
aż zechce znów dalej jechać. Oczywiście w dalszej drodze ileś kolejnych napraw
jeszcze się zdarzało aż (szczęśliwie już w La Paz i to bardzo blisko dworca
autobusowego) autobus ostatecznie odmówił współpracy i wyprosili z niego wszystkich
pasażerów ;).
A poniżej parę salarowych zdjęć:
 |
| Było wysoko :D |
 |
| Było mokro |
 |
| Były zamarznięte laguny |
 |
| I te do połowy zamarznięte - Laguna Verde |
 |
| Były śmierdzące zgniłymi jajami gejzery |
 |
| Były laguny czerwonawe |
 |
| Był Arbol de Piedra (Kamienne Drzewo) |
 |
| Była laguna pełna flamingów |
 |
| Był zakaz latania ;) |
 |
| Były flamingi posłuszne i nielatające! |
 |
Był wielki Salar!
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz