środa, 28 marca 2012

Przedwyjazdowo

 Niestety jakoś ostatnio mobilizacja do pisania bloga trochę padła, ale postaram się to naprawić, tak więc mały update końcowo marcowy:

1.    Ostatnimi czasy za bardzo wyjazdowo nie było, poza jednym kilkudniowym wyjazdem do Florianopolis na wyspie Santa Catarina, jednego z bardziej popularnych tu regionów wypoczynkowych. Jedynie 12 godzin drogi autobusem na południe i jest się na miejscu. Wyspa słynie z pięknych plaż (biały piasek i te klimaty), dużych fal (przyciągających tłumy surferów) i sandboardingu (wydmy, deska i zjeżdżamy!). Pobyt był więc bardzo przyjemny, atmosfera wyspy sprzyjająca odpoczynkowi, rybka prosto z oceanu świetna, a zjeżdżanie po wydmach najlepsze na świecie :)
2.    Gdy już zaczęło mi się zdawać, że w Brazylii jednak jest całkiem nieźle jeśli chodzi o bezpieczeństwo, żadnych kradzieży, napadów itp. na horyzoncie, zostałam okradziona. Na szczęście tylko z komórki, ale za to było to na mega drogiej imprezie naszej uczelni, na której teoretycznie powinni być tylko bogaci studenci (FGV należy do najdroższych, a może i jest najdroższą uczelnią w Ameryce Południowej). A tymczasem pozbawiono mnie komórki, a na dodatek nie byłam jedyną poszkodowaną, gdyż na imprezie ukradziono kilkanaście innych komórek, iphonów itp. itd. Tak więc tu trzeba uważać wszędzie, może być tak, że idziesz przez fawelopodobobne okolice i nic Ci się nie stanie, a pójdziesz  w miejsce, które teoretycznie powinno być bardzo bezpieczne, a okazuje się, że wcale tak nie jest. Niestety już paru studentów zagranicznych zostało tu w ten lub inny sposób okradzionych. Generalnie jednak póki co stwierdzam, że nie jest tu aż tak strasznie jak ileś osób mnie ostrzegało, ludzie nie biegają po mieście z karabinami, a Paulista – główna ulica Sao Paulo ze spieszącymi się cały czas biznesmenami w garniakach i mnóstwem wieżowców nie przypomina ani trochę obrazów kojarzących się większości z Ameryką Łacińską. Niemniej bieda jest widoczna na każdym kroku i na ulicach trzeba zwykle omijać śpiących po kątach bezdomnych. Brazylia to prawdziwy kraj sprzeczności.
3.    Zaczęła się jesień. Brazylijki wskakują w kozaki, w sklepach królują sweterki i kurtki, kończą się przeceny letnie. Niemniej mi pogoda wydaje się nadal zdecydowanie letnia, temperatura zwykle oscyluje i tak w okolicach 30 stopni, ale w końcu pora roku zobowiązuje i chyba według localsów nie wypada ubierać się letnie, gdy kalendarzowe lato się skończyło.
4.    I najważniejsze! Po dwóch miesiącach latania tylko w szortach i spódniczkach w końcu i ja założyłam dziś długie spodnie. Powodem jest jednak mój dzisiejszy wyjazd. W końcu ruszamy w drogę i to daleką drogę:) Wieczorem, od razu po zajęciach na Easter Break lecimy do południowej Patagonii! W planach: Ziemia Ognista (sam koniec świata, położone najbliżej od Antarktydy miejsce na Ziemi), ogromniasty lodowiec Perito Moreno, górskie okolice Argentyny i Chile i bezkresne patagońskie przestrzenie ;) Patagonio przybywam!

piątek, 9 marca 2012

Welcome to Brazil!

To, co już od początku uderza w Brazylii, ale do czego chyba człowiek pomału przywyka to, że nie ma tu takiej rzeczy, którą dałoby się szybko i prosto ogarnąć. Wszystko musi tu zająć pewien, zwykle dość długi czas. Oczywiście prawie każdy Brazylijczyk zawsze chętnie Ci pomoże, ale pomoże Ci także wtedy, kiedy sam nie wie, na te same pytanie zadane paru osobom możesz więc usłyszeć kilka zupełnie różnych odpowiedzi. Nawet pozornie prosty zakup karty do telefonu i jej aktywowanie okazało się dosyć trudną czynnością, a na nasze pytania i wątpliwości w biurze lokalnej sieci komórkowej usłyszeliśmy tylko : „Welcome to Brazil!”.

Szczytem skomplikowania może być także powrót z pobliskiej plaży, o czym przekonałam się już tydzień po przyjeździe, kiedy razem z grupą obcokrajowców (a także jedną Brazylijką) wybraliśmy się na jednodniowy wypad do oddalonej o jakieś 80 km od São Paulo nadmorskiej miejscowości – Guaruja. Po półtorej godziny drogi byliśmy na miejscu. Najbliższa plaża była oddalona 15 minut spacerkiem od dworca. Ale żeby nie była za prosto Brazylijka, która była z nami stwierdziła, że najlepiej wziąć miejski autobus i jechać na trochę dalszą, a ładniejszą plażę. Tak więc pojechaliśmy autobusem na inną plażę. Potem oczywiście czas na opalanie, kąpanie itd. Problemy zaczęły się, kiedy chcieliśmy wracać. Złapaliśmy autobus w kierunku dworca, żeby już po chwili utknąć w największym korku, jaki widziałam, ciągnącym się przez całą miejscowość. Okazało się, że ogromna część mieszkańców Sao Paulo również postanowiła właśnie wtedy (akurat była niedziela przed wieczorem) wrócić do Sampy.  Jako, że inni pasażerowie powiedzieli nam, że do dworca jest bardzo daleko i że na pieszo tam nie dotrzemy, pozostało nam czekać. Po jakiś trzech godzinach w autobusie dowiedzieliśmy się ponadto, że już nie ma tego dnia autobusów z Guarujy do SP. Za radą kolejnych współpasażerów postanowiliśmy więc dojechać do następnej miejscowości, gdzie ponoć takie autobusy miały jeszcze być. Autobus miejski do samej tej miejscowości jednak nie dojeżdżał, ale zatrzymywał się w okolicy kanału, który trzeba było przepłynąć barką, żeby się tamże dostać. Żeby jednak dojść z przystanku do kanału musieliśmy przejść przez naprawdę nieciekawą, fawelowatą okolicę, gdzie widok wielkiej grupy gringos musiał wzbudzać zainteresowanie. Jakoś nam się jednak to udało, więc po dotarciu do barki i przepłynięciu kanału barką, byliśmy już w innej miejscowości. Tam jeszcze tylko kurs na dworzec i… i oczywiście okazało się, że już autobusów tego dnia do São Paulo jednak nie ma! Zostało nam więc czekać na pierwszy poranny autobus. Tak więc noc spędziliśmy na brazylijskim dworcu (przysypiając z głową na stolikach w dworcowym barze). Dopiero o godz. 5.00 w końcu udało się nam wyjechać do Sao Paulo. Cała droga z plaży (ok. 80 km) do mojego mieszkania zajęła mi jedyne 13 godzin:)

W Brazylii naprawdę jedyne co często pozostaje to przyzwyczaić się do tego, że właściwie wszystko dzieje się, jak chce. A z problemami komunikacyjnymi pozostaje się najwyżej zaprzyjaźnić. Już podczas jedynego tylko tygodnia spędzonego w Rio doszłam do wniosku, że nie da się tam bezproblemowo poruszać komunikacją miejską. Za każdym razem, gdy próbujesz się dowiedzieć, jak gdzieś dojechać, albo mówią Ci coś, co nie jest prawdą i dojeżdżasz w inne miejsce, albo okazuje się, że nie ma autobusu jadącego do miejsca, do którego chcesz dotrzeć, albo nawet kierowca nie wie, czy jedzie w miejsce, o które się pytasz (na szczęście niezawodni sprzedawcy biletów – obecni w prawie każdym autobusie – zwykle wiedzą lepiej od kierowcy, gdzie ten jedzie).

Sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej, jeśli chodzi o załatwienie jakichkolwiek formalności. Przykładem może być zarejestrowanie swojego pobytu na Policia Federal – przykry obowiązek każdego exchange’a tutaj. Wymaga to oczywiście wypełnienia iluś formularzy, zebrania różnych świstków, porobienia różnych kopii i uiszczenia haraczu w wysokości ok. 370 zł. Żeby dokonać rejestracji trzeba też najpierw umówić spotkanie – na konkretny dzień, konkretną godzinę. Umówienie się na daną godzinę w żadnym wypadku nie gwarantuje jednak, że o tej godzinie wejdziemy. Zasadą jest bowiem, że swoje w kolejce trzeba odstać. Po odstaniu swojego może okazać się jednak, że nadal nie możesz wejść, bo za Tobą stoją ludzie, którzy byli umówieni na wcześniejszą godzinę i to oni mają pierwszeństwo, a Tobie pozostaje ustawić się na nowo w kolejce i czekać aż zarejestrują się wszyscy ci, którzy byli umówieni na wcześniejsze godziny. Niemniej jak w końcu po jakiś trzech godzinach czekania uda Ci się przystąpić do procesu rejestracji, Twoja cierpliwość może zostać wynagrodzona tak ciekawą konwersację (oczywiście po portugalsku, bo czemu mieliby mówić w innych językach w miejscu, do którego przychodzą sami obcokrajowcy?) przeprowadzoną z gromadzącym Twoje dokumenty panem urzędnikiem:
- Oo Polonia! Niesamowite! Pierwszy raz widzę! Daleko to?
- Daleko. W Europie.
- W Europie… A macie plaże?
- Mamy.
- Ooo!

Potem jeszcze tylko zdejmowanie odcisków palców (wszystkich oczywiście), zrobienie pamiątkowego zdjęcia (można w międzyczasie naprawdę poczuć się jak więzień) i można przez następne pół roku być legalnie w Brazylii. I powoli przyzwyczajać się do brazylijskiej, nieco chaotycznej mentalności.

poniedziałek, 5 marca 2012

Dlatego właśnie karnawał w Rio był najlepszy na świecie


Tak się bawi Lapa


Takie stroje noszą faceci




Tak się bawi Sambodrom














































W takich strojach się chodzi po ulicy


Tak się bawi Rio za dnia














Tak się bawi Rio nocą










Tak się bawi Ipanema