wtorek, 10 lipca 2012

Boliwijskie perypetie

-->
Mija właśnie ósmy dzień naszego pobytu w Boliwii. Jesteśmy w ślicznej Tupizie, ale dostanie się tu łatwe nie było. Tak wiec po kolei: 
Dzień 4 i 5
Boliwia to piękny kraj (widoki są jeszcze ładniejsze niż można by się spodziewać), ale jest to też kraj, w którym nic nie jest proste. A przede wszystkim – poruszanie się z miejsca na miejsce jest tu wybitnie trudne. Po pobycie w Santa Cruz, w piątek rano udałyśmy się do Samaipaty – małego miasteczka niedaleko Santa Cruz, gdzie ogląda się różne poinkaskie ruiny itd. Najpierw jednak razem z naszym hostem udałyśmy się na dworzec, żeby ogarnąć kwestię późniejszego dojazdu z Samaipaty do kolejnego naszego celu, Sucre. Plan był bowiem taki, żeby w piątek zwiedzać do wieczora Samaipatę, a potem wieczorem udać się już do Sucre. Jako że jest to ok. 12 godzin jazdy, stwierdziłyśmy, że lepiej wziąć nocny autobus. Nasz host poradził nam kupić bilety od razu w Santa Cruz na autobus, który jechał przez Samaipatę, gdyż na miejscu ponoć nie wiadomo czy da się  kupić. Tak więc uczyniłyśmy, ustaliłyśmy też w firmie Bolivar, w której kupowałyśmy bilety, że mają zatrzymać się na stacji benzynowej w Samaipacie i tam nas odebrać ok. 20.00.
Szczęśliwe z wszystkich ustaleń udałyśmy się do Samaipaty. Jedynie trzy godziny jazdy busem przez zielone wzgórza i byłyśmy na miejscu. Miasteczko okazało się bardzo przyjemne, trochę tylko zdominowane przez gringos. Głównie chodzi tu jednak nie o miasto, a o El Fuerte – położone na wzgórzu pozostałości po Inkach, taka mniejsza wersja Machu Picchu. Widoki i spacer wśród ruin - zdecydowanie godne polecenia. Wycieczkę można by uznać za naprawdę udaną, gdyby nie problemy, które napotkałyśmy próbując wydostać się z miasta. Zgodnie z planem udałyśmy się na stację benzynową przy wylocie z miasta, gdzie miałyśmy wsiąść do autobusu do Sucre. Na wszelki wypadek byłyśmy trochę wcześniej. I zaczęło się czekanie… Nagle zobaczyłyśmy autobus firmy Bolivar, który przejechał koło stacji. Stwierdziłyśmy jednak, że jest jeszcze wcześnie i to na pewno nie ten, tylko wcześniejszy, który też miał tędy jechać. Na wszelki wypadek przeszłyśmy jednak na drugą stronę ulicy, gdzie przejeżdżały wszystkie autobusy do Sucre, żeby ten właściwy nam nie uciekł. Tak więc czekałyśmy dalej, aż zobaczyłyśmy kolejny, tym razem nasz, autobus firmy Bolivar. Zaczęłyśmy więc machać na niego stojąc na ulicy, żeby aby o nas nie zapomniał. Ale oczywiście kierowca olał nasze machanie i przejechał koło nas nawet nie zwalniając. Tym samym wykupione przez nas  miejsca właśnie pojechały bez nas do Sucre. Jeszcze przez jakąś godzinę czekałyśmy na inny autobus firmy Bolivar, łudząc się, że może jednak tamten nie był nasz, ale w końcu zwątpiłyśmy i wsiadłyśmy do pierwszego lepszego innego autobusu, który właśnie przejeżdżał. Musiałyśmy więc kupić bilety kolejny raz i znów wydać 90 bolivianos, czyli 45 zł (jak za 12 godzin jazdy nie jest to za wysoka cena, ale zawsze lepiej nie wydawać tego dwa razy na te samą trasę). Niestety autobus, który złapałyśmy przedstawiał na dodatek dość tragiczny obraz – sami localsi z mnóstwem tobołów w środku, dzieci leżące na korytarzu, rozwalone fotele, prawdziwy folklor. A droga, którą jedzie się do Sucre też nie jest najlepsza, a właściwie to jest najbardziej niepewną drogą, jaką kiedykolwiek jechałam. Jedzie się przez góry serpentynami, mijając o parę centymetrów ogromne przepaści. Do tego całkowity brak asfaltu, a najgorsze trzęsienie, jakie kiedykolwiek przeżyłam uniemożliwia spanie, czytanie i cokolwiek. Na dodatek ok. 3 w nocy autobus postanowił się zepsuć i to na środku jakiejś pustyni. Na szczęście jakimś cudem udało się dość szybko autobus naprawić (powalili trochę w silnik i w końcu zaczął działać).
W końcu przed 10 rano w sobotę całkowicie wytrzęsione dotarłyśmy do Sucre. Tu znów zaczęło się użeranie z firmą Bolivar w sprawie zwrotu kasy za autobus, który nas olał. Po iluś rozmowach, krzykach, dyskusjach udało się nam! Więc chociaż pokazałyśmy, że nie jesteśmy aż takie gringo i umiemy się (i to po hiszpańsku!) wykłócić o swoje. Jeśli jednak ktokolwiek w przyszłości będzie zastanawiał się nad podróżą z Samaipaty do Sucre, to po pierwsze nie z firmą Bolivar, a po drugie nie ma potrzeby kupowania biletu wcześniej, wystarczy zatrzymać jakiś z autobusów jadących przez Samaipatę (właściwie wszystkie, poza Bolivarem, się zatrzymywały).
Ale żeby nie było tak źle – Sucre przywitało nas super pogodą. Zwłaszcza jak na wysokość prawie 3000 metrów, na której się znajduje oraz fakt, że jest właśnie zima, jest co najmniej dziwne, że można było chodzić na krótki rękaw i w szortach! Poza tym miasto jest naprawdę śliczne – białe, bardzo ładne budynki w centrum, wszystko zadziwiająco uporządkowane, do tego czysto. Nic dziwnego, że jest uważane za najładniejsze miasto w Boliwii. No ale znowu, żeby nie było za pięknie – w związku z tym, że akurat była sobota, większość muzeów, kościołów itp. była pozamykana (nie wiem kto wpadł tu na tak inteligentny pomysł, żeby zamykać wszystko akurat w sobotę, gdy przecież w każdym innym kraju jest to najlepszy czas na odwiedzanie muzeów). Ale i tak same spacerowanie po centrum, odwiedzenie tego, co odwiedzić się dało i widok na miasto z góry pozwala na docenienie piękna Sucre.
Dzień 6 i 7
Kolejnego dnia udałyśmy się już do Potosi - uważanego za najwyżej położone miasto na świecie (trochę ponad 4000 metrów!). Straszono nas przed przyjazdem tu chorobą wysokościową – wymiotami, zawrotami głowy itd. Generalnie to jednak tak źle nie było, jedynie dość ciężko się chodzi, dużo szybciej się męczymy i czasem coś brakuje oddechu. Jednak nie przyjechałyśmy tu tylko po to, żeby sprawdzić naszą wytrzymałość na przebywanie na wysokościach. Potosi to miasto górników. Jest tu ileś kopalni, w których od dawien dawna wydobywało się srebro. Teraz część z tych kopalni służy także jako atrakcja turystyczna, dlatego prawie każdy gringo, który odwiedza Boliwię udaje się też do Potosi, żeby zejść do kopalni i zobaczyć jak wygląda praca tam. I tu oczywiście znów, żeby za prosto nie było, nie poszczęściło nam się zbytnio. W związku z tym, że była niedziela, górnicy nie pracują, a wycieczka do pustej kopalni trochę mija się tu z celem. Zdecydowałyśmy w końcu przedłużyć więc nasz pobyt w Potosi z jednego do dwóch dni i zostać na poniedziałek, tak żeby udać się wtedy na wycieczkę do kopalni. A w niedzielę w końcu udało się nam mieć trochę bardziej chilloutowy dzień. Spacer po mieście, zakupy, próbowanie lokalnych przysmaków, wizyta w bardzo ciekawym klasztorze Santa Teresa i przyklasztornym muzeum (wszystkie inne muzea i kościoły były zamknięte, bo przecież niedziela, więc kto by wpadł na tak dziwny pomysł jak otwieranie kościołów w niedzielę :P)… Trzeba przyznać, że Potosi jest również bardzo ładnym miastem z mnóstwem małych, uroczych uliczek i ładnych budynków.
Największą atrakcją Potosi są jednak kopalnie. Po wizycie w jednej z nich już wiem dlaczego. To jest coś, co trzeba zobaczyć. Kopalnie, które się zwiedza, to kopalnie, w których wciąż pracują górnicy, zaczynając w wieku kilkunastu lat, pracując ok. 12 h na dobę, mało kto z nich przeżywa więcej niż 15 lat od rozpoczęcia pracy w kopalni. Dla nas już sama wizyta w kopalni była wybitnie męcząca, naprawdę nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak się zmęczyła w czasie wycieczki. Kopalnia znajduje się na wys. 4200 m i stamtąd zaczyna się schodzić w jej głąb. Mimo, że nie zeszliśmy do najniższych poziomów, na których pracują górnicy, to już te zejście kilkadziesiąt metrów było katorgą. Pyły, gazy, gorąco, przeciskanie się przez korytarze i czołganie się. Widok pracujących tam górników też nie był najprzyjemniejszy. Ale było to coś, co naprawdę warto przeżyć.

Dzień 8
Po dwóch dniach spędzonych w Potosi, dojechałyśmy do innego miasta - Tupizy, która jest jednym z ładniej położonych miast, jakie widziałam, dookoła góry, niesamowite skały, klimat rodem z westernów. A jazda konno tu to naprawdę prawdziwy dziki zachód. A że nie da się tego opisać, to jak w przyszłości uda mi się gdzieś jeszcze dostać do internetu, to może wrzucę zdjęcia :) A póki co udajemy się na wycieczkę na Salar de Uyuni, więc będzie kilka dni całkowicie bez cywilizacji.

EDIT - spóźnione foty z Tupizy:






 
 

czwartek, 5 lipca 2012

Mennonici, misje, pociągi i kurczaki - czyli prawdziwa Latinoamerica

Po różnych perturbacjach jesteśmy już w Santa Cruz (drugi z celów na naszej boliwijsko-peruwiańskiej trasie) i tuż przed wyruszeniem do kolejnego miejsca. Łatwo nie było, ale się udało ;). We wtorek po dwóch lotach na trasie Sao Paulo-Campo Grande i Campo Grande-Corumba (na granicy brazylijsko-boliwijskiej) i pewnych komplikacjach po przekroczeniu granicy (pan taksówkarz oszukał nas, ze nie ma już tego dnia pociągu, którym chciałyśmy jechać i że musimy wziąć autobus z polecanej przez niego firmy), oczekiwaniach na bardzo klimatycznym dworcu i sześciogodzinnej podróży, przerywanej przez krzyki różnych sprzedawców wchodzących do autobusu na każdym z postojów, udało nam się dostać do małej wioski San Jose de Chiquitos z misjami jezuickimi, gdzie znalazłyśmy straszliwie drogi nocleg - 20 bolivianos (10 złotych!) za osobę.

Przez całą środę zwiedzałyśmy więc wyjęte rodem z westernów San Jose i okolice. Bardzo ładny kompleks znajdujących się tu misji jezuickich jest jednym z najstarszych tutaj (w okolicy Santa Cruz znajduje się ileś misji) i faktycznie był warty odwiedzenia. Nie tylko dla misji jednak warto było tu przyjechać. Samo miasteczko jest niezwykle ciekawe, nie ma tu właściwie normalnych dróg, ludzie wyglądają tu 1000 razy bardziej latino niż w Brazylii, a my byłyśmy jedynymi gringami w całym mieście, wzbudzając w związku z tym niemałe zainteresowanie. Nie wszyscy mają tu jednak latynoską urodą. To co najbardziej dziwi w San Jose to widok białych, wysokich, niebieskookich mężczyzn w ogrodniczkach i kapeluszach i podążających za nimi kobiet, oczywiście też białych i blondwłosych, w strojach wyglądających jak wzięte z planu "Domku na prerii". To Mennonici, przybyłe ileś lat temu z Europy zamknięte, konserwatywne społeczności, których kolonie wciąż zamieszkują niektóre z krajów Ameryki Południowej. Ich wygląd trochę nasuwa skojarzenia z Amiszami, a ich widok na boliwijskiej wsi, pośród latino osób jest tak niesamowitym,  że gdyby nie to, że wcześniej o nich czytałyśmy, długo byśmy pewnie się zastanawiały o co tu chodzi. Ogólnie pobyt w miasteczku można z pewnością zaliczyć do udanych - od razu na początku naszej trasy trafiłyśmy do miejsca, które można uznać za esencję Ameryki Łacińskiej, zobaczyłyśmy bardzo ładny kompleks misyjny, odbyłyśmy fajny spacerek za miasto i ogólnie miałyśmy bardzo fajny chilloutowy dzień. A i przede wszystkim byłyśmy w jednym z tych nielicznych miejsc w Boliwii, gdzie mogłyśmy się cieszyć tropikalną pogodą.

Naprawdę ciekawie zaczęło się jednak robić jak chciałyśmy miasteczko to opuścić. Uparłyśmy się, że tym razem musimy koniecznie pojechać słynnym "pociągiem śmierci". Pociąg miał odjeżdżać z San Jose do Santa Cruz ok. 23.30. Udałyśmy się więc po 22.00 w kierunku dworca. Już po drodze pojawiły się komplikacje, gdy postanowiłyśmy coś zjeść. Poszłyśmy do knajpek koło dworca z zamiarem kupienia empanad. Jak na złość wszędzie sprzedawali jednak to samo, czyli kurczaka z frytkami, a jako że było to, to co jadłyśmy  na obiad tym razem miałyśmy ochotę na coś innego. A gdy w którejś z bud zapytałyśmy: "Hay empanadas? (Czy są empanady?)" dostałyśmy tylko odpowiedź: "No hay. Hay comida. (Nie ma. Jest tylko jedzenie)". W końcu stwierdziłyśmy więc, że skoro empanady to nie jedzenie to kupimy najwyżej same frytki, skoro nic innego się nie da. To też jednak okazało się niemożliwe. Wszystkie osoby, od których chciałyśmy kupić frytki, reagowały na nasz wymysł szczerym zdumieniem i niedowierzaniem. Jakże bowiem można jeść frytki bez kurczaka! Rozmowa wyglądała mniej więcej tak: My: "Możemy kupić frytki?". Pani sprzedająca: "Frytki z kurczakiem". My: "A nie możemy samych frytek?" Pani: "Frytki z kurczakiem!".

Po zwątpieniu i kupieniu w końcu jednak kurczaka (gdyż ewidentnie byłyśmy w miejscu, które można nazwać La Ciudad del Pollo) udałyśmy się na dworzec. Tu jednak znów pojawiły się schody. Na miejscu okazało się, że pociąg odjeżdża o bardzo różnych godzinach - o 23.30, o 24.00, 1.00, 2.30... Każda osoba, nawet każdy pracownik dworca miał swoją godzinę. Mimo też, że pociąg jechał do Santa Cruz z granicy z Brazylią to w San Jose stały już dwa wagony, które mieli potem doczepić do pociągu i do których wsiadała część osób. Jako że nie miałyśmy jednak biletów (bo wcześniej powiedziano nam, że nie da się ich kupić), każdy twierdził co innego odnośnie tego, czy mamy do nich wsiąść, czy czekać na wagony jadący z granicy. W końcu więc najpierw wsiadłyśmy, potem wysiadłyśmy, potem dalej próbowałyśmy się czegoś dowiedzieć, a w końcu zwątpiłyśmy i usiadłyśmy po prostu na platformie, czekając na to, co się stanie. No i stało się! Pociąg co prawda za szybko nie przyjechał, ale za to pojawiły się sporej wielkości świnie chodzące między torami! I jeszcze ci wszyscy Mennonici dookoła nas! Czekanie na pociąg okazało się więc w sumie bardzo ciekawe. W końcu ok. 1:30 (jeszcze inna godzina niż ta, o której mówili nam wcześniej) pociąg przyjechał. Ogarnęłyśmy nawet wolne miejsca i spędziłyśmy bardzo niewygodną noc w tym jakże ciekawym pociągu.

W czwartek rano (tzn. z czterogodzinnym opóźnieniem) dojechałyśmy do Santa Cruz, największego miasta Boliwii. Miasto samo w sobie nie jest takie ciekawe jak San Jose. Ulice jak ulice, targi jak targi, a sklepy jak sklepy (chociaż trzeba im przyznać, że ciuchy ładniejsze niż w Brazylii). Do tego dużo knajp i kawiarni, też tych dość drogich jak na boliwijskie standardy.  Ale niestety zdecydowanie mniej Mennonitów.. Mają za to całkiem ładny główny plac i ładną katedrę na nim. Na szczęście, żeby nie było za nudno, była też atrakcja dodatkowa - wielkie protesty (ale przeciw czemu dokładnie to nie wiemy) z petardami, wystrzałami i krzykami na owym głównym placu. No i plus tego miasta - na kolację udało nam się znaleźć empanady i tym razem nie byłyśmy skazane na kurczaka.

Mimo że mamy tu bardzo fajnego hosta i mieszkamy z fajną, dużą boliwijską rodzinką, w piątek rano opuszczamy już trochę mało autentyczne Santa Cruz i ruszamy do słynącej z wykopalisk archeologicznych Samaipaty.

poniedziałek, 2 lipca 2012

No i się wymiana skończyła

Wszystko musi się kiedyś kończyć. Ja zakończyłam już swoje ostatnie egzaminy i tym samym nadszedł kres mojej wymiany. Generalnie mój brazylijski exchange okazał się super doświadczeniem: poznałam świetnych ludzi, zobaczyłam w międzyczasie wiele bardzo ciekawych miejsc i przez całe pięć miesięcy mogłam cieszyć się super pogodą. Nawet wielka betonowa dżungla Sao Paulo okazała się nie być taka zła. Oczywiście poza pewnymi wyjątkami... W Brazylii przeżyłam zarówno najfajniejsze chwile swojego życia (nic nie może równać się z karnawałem!), ale jednocześnie też te najgorsze, jak atak na R9...

W żadnym wypadku nie żałuję jednak, że trafiłam tu na wymianę. Teraz jednak pora (przynajmniej na jakiś czas) opuścić Brazylię. Pobyt na tym kontynencie jednak jak najbardziej jeszcze dla mnie się nie kończy. Ruszamy tym razem do Boliwii i Peru! W planie: największa słona pustynia na świecie, najwyżej położone miasta na świecie, najniebezpieczniejsza droga na świecie i najbardziej niesamowite na świecie - Macchu Picchu. Tak więc - w drogę!