piątek, 2 marca 2012

Miasto Boga

Tego bloga miałam plan zacząć pisać już wcześniej, od razu po przyjeździe do Brazylii. Niestety milion innych spraw, które się pojawiły po drodze (problemy z zakwaterowaniem, ogarnianie różnych formalności itp. itd.) spowodował, że dopiero teraz udało mi się zebrać. A że jestem świeżo po karnawale, pierwszy wpis nie będzie o życiu w betonowej dżungli jaką jest São Paulo, ale o najsłynniejszym karnawale świata.

Karnawał był jednym z powodów, dla których na wymianę zdecydowałam się jechać na ten, a nie na poprzedni semestr. W ten sposób już trzy tygodnie po moim przyjeździe, a dwa tygodnie po rozpoczęciu zajęć, rozpoczynała się przerwa karnawałowa. Karnawał to bowiem taki wyjątkowy czas, kiedy się nie studiuje, kiedy się nie pracuje, kiedy banki są zabite dechami (znalezienie czynnego bankomatu graniczyło z cudem!), kiedy liczy się tylko zabawa :)

Moim pierwszym pomysłem na wypad karnawałowy był Salwador – kolebka capoeiry, gdzie karnawał ponoć jest równie hucznie obchodzony jak w Rio, a na dodatek zjeżdża się na niego dużo więcej miejscowych. Niestety na około dwa tygodnie poprzedzające karnawał tamtejsza policja postanowiła rozpocząć strajk. A strajk policji w jednym z bardziej niebezpiecznych miast kraju oznacza całe mnóstwo zamieszek i wybitnie nieciekawą sytuację. Tak więc pożegnałam swój plan wyjazdu do Salwadoru i zdecydowałam – Rio.

I w tym miejscu znowu zaczęły się schody. Organizowanie wyjazdu do Rio w ostatnim tygodniu przed karnawałem okazało się zadaniem arcytrudnym. Jedyne miejsca do spania jakie można było znaleźć kosztowały około 150 reali (prawie 300 zł) – i to za miejsce w hostelu w pokoju 10-osobowym! Po uruchomieniu jednak polsko-brazylijskiej sieci kontaktów udało się znaleźć wolny pokój do wynajęcia  – i to w cenie 225 reali (ok. 450 zł) za osobę za tydzień. Pokoik okazał się właściwie odgrodzoną dyktą częścią większego pokoju, oryginalnie zamykaną na kłódkę. Dodatkowo, żeby dodać lokalnego kolorytu, nasz pseudo-pokoik graniczył z pokojem zajmowanym przez ogromną brazylijską rodzinę z mnóstwem ciągle krzyczących dzieci. Ale najważniejsze, że miałyśmy gdzie spać, a ponadto było to w urokliwej dzielnicy jaką jest Santa Teresa, i jedynie schody (co prawda baaaardzo długie schody) dzieliły nas od centrum imprezowania w dzielnicy Lapa.

Ale odbiegając od kwestii zakwaterowania – jak wyglądał nasz karnawał? Wcześniej słyszałam wielokrotnie, że karnawał w Rio jest przereklamowany i że wszystko jest nastawione tylko na turystów. Tymczasem teraz mogę z całą pewnością stwierdzić – karnawał był najbardziej niesamowitym wydarzeniem, w jakim brałam udział. Oczywiście turystów z całego świata było sporo, ale na imprezach, na których byłam i tak większość stanowili Brazylijczycy. Wszystko zależy bowiem od tego, gdzie się bawisz. Mnie atmosfera karnawału zachwyciła od samego początku. Już jadąc z dworca do naszego „apartamentu” obserwowałyśmy kolorowe tłumy poprzebieranych osób, bawiących się na ulicach. A pomysłów na stroje było mnóstwo: zakonnice, smerfy, panny młode i oczywiści faceci przebrani za kobiety.

I jeśli chodzi o zabawę w czasie karnawału – zdecydowanie prawdą nie jest, że karnawał w Rio to tylko sambodrom. Przez cały bowiem okres karnawału, a nawet już parę dni wcześniej w całym mieście odbywa się bowiem bardzo dużo ulicznych imprez, zwanych blocos. Właściwie w każdej dzielnicy można znaleźć naprawdę fajną imprezę. Jak takie bloco właściwie wygląda? W skrócie to idzie się przez kilka godzin ulicami danej dzielnicy, tańcząc sambę, śpiewając brazylijskie (albo i niebrazylijskie) piosenki, pijąc caipirinhę (w Lapie na ulicy można było ją kupić już za 5 reali, czyli niecałe 10 złotych) i ogólnie dobrze się bawiąc. Niektóre blocos są trochę mniej chodzone, po prostu tańczy się do najróżniejszych hitów (poza sambą, oczywiście znany wszystkim Michel Teló) na danej ulicy czy placu.

Mimo że tak naprawdę w całym mieście trwa zabawa i to na ulicznych (albo i plażowych – na Ipanemie) imprezach stajesz się częścią bawiącego się tłumu, będąc w Rio w czasie karnawału, wypada pójść też na Sambodrom. Bilety co prawda są strasznie drogie – około 400 złotych za jeden dzień, ale i na to jest sposób. My, za radą Lonely Planet, zdecydowaliśmy się pójść na Sambodrom po północy, gdzie kupiliśmy bilety od koników za równowartość niecałych 100 złotych. I znów – Sambodrom nie wydał mi się wcale przereklamowany. Chociaż jest prawdą, że na Sambodromie głównie się ogląda i podziwia, a nie tańczy i bawi, i tak było to niesamowite doświadczenie. Prezentujące się szkoły samby (każdej nocy, tzn. w niedzielę i poniedziałek jest ich sześć, a każda ma na swój występ ok. 80 minut) z najwymyślniejszymi, wielkimi platformami, kolorowymi strojami i ogromnym przepychem robią niezwykłe wrażenie. Mieliśmy na dodatek te szczęście, że trafiliśmy akurat na występ szkoły, której kibicował nasz sektor Sambodromu, więc atmosfera była tym bardziej gorąca z tłumem Brazylijczyków powiewających flagami swojej ulubionej szkoły i śpiewających sambowe piosenki.

Rio to jednak nie tylko karnawał. Rio to dużo więcej - najbardziej niezwykłe miasto, jakie kiedykolwiek widziałam. Ciężko też znaleźć w jakimkolwiek innym mieście tak piękne widoki, jak te ze szczytu Pão de Açúcar. Wzgórza (usiane gdzieniegdzie kolorowymi domkami faweli) przeplatające miejskie zabudowania, w które wbija się morze ze swoimi piaszczystymi plażami, a nad tym wszystkim góruje jeden z najsłynniejszych posągów świata – Cristo Redendor. Mimo że to Corcovado – wzgórze na którym stoi słynny Chrystus jest uważane za najbardziej obowiązkowy punkt zwiedzania Rio, to po wizycie na Pão de Açúcar robi już nieco mniejsze wrażenie. Pomnik Chrystusa jest co prawda ładniejszy niż ten w Świebodzinie (chociaż mniejszy ;)), jednak międzynarodowy tłum skupiony pod nim utrudnia nawet zrobienie sensownego, a tak przecież obowiązkowego w tym miejscu, zdjęcia.

Podczas zwiedzania Rio nie można też pominąć plaż – Copacabany i Ipanemy (nawet ładniejsza od tej pierwszej), oczywiście strasznie zatłoczonych w czasie karnawału. Poza plażami i wzgórzami Rio to też urokliwe domki dzielnic Lapa i Santa Teresa, malownicze uliczki w centrum z Travessa do Comercio na czele, a także piękny Jardim Botanico (Ogród Botaniczny) z gigantycznymi palmami i najróżniejszymi innymi egzotycznymi roślinami. A od miasta można zawsze uciec do Parku Narodowego Tijuca. Krótka droga z centrum i można zobaczyć kawałek prawdziwej dżungli z wodospadami i ponoć różnymi egzotycznymi zwierzątkami (ponoć, bo ja żadnego niestety nie widziałam :().

Tak więc Rio wylądowało na pierwszym miejscu mojej listy NAJ miast i z pewnością jeszcze tam wkrótce wrócę.
A póki co pozostaje mi spędzać czas w dżungli z betonu.

1 komentarz: