Po R9 potrzebowałam jakoś
odreagować i przede wszystkim wyrwać się z miejskiej dżungli São Paulo. Dlatego też
intensywnie zwiedzałam. W ostatni weekend kwietnia pojechałyśmy w cztery
dziewczyny na mały road trip (i znów, jak w Patagonii, cztery dziewczyny i
samochód) na wybrzeże. Najpierw wyspa Ilhabela. Jedyne 3 godziny drogi z São Paulo, a zupełnie
inny świat. Całe mnóstwo pięknych plaż, wodospady, w których można się kąpać,
kolorowe domki i nieprawdopodobnie sielski, wakacyjny klimat. A po Ilhabela –
Paraty, jeden z najpopularniejszych kurortów na wybrzeżu między São Paulo a Rio. Mimo
że tak popularne, Paraty jest wciąż autentycznie piękne. Centrum składające się
z białych domków, brukowanych uliczek dla pieszych, uroczych kawiarenek itp. I
do tego wycieczka łódka – śliczne wybrzeże wokół Paraty, usiane małymi
wysepkami. Zatrzymaliśmy się też na całkowicie pustej plaży, otoczonej przez
tropikalny las, która wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać prawdziwa
rajska plaża.
| Białe domki Paraty |
| Nasza bezludna plaża |
| Klimat Ilhabeli |
| Ilhabela! |
W kolejny weekend udało mi się
znów uciec z São
Paulo – tym razem do Rio, już trzeci raz tu, ale Rio należy do tych miast,
które nigdy się nie nudzą. Podobnie jak za pierwszym razem (mój lot z Polski
był do Rio) nocowałam u hosta z Couchsurfingu (na dodatek tego samego hosta co
wtedy), który okazał się absolutnie najlepszy. Znów zabrał nas na świetną
uliczną imprezę sambową oraz na inną imprezę na Lapie. Poza tym jak zawsze w
Rio – ładna pogoda, plaże, spacery po wąskich uliczkach centrum i niezwykły
klimat, którego nie ma żadne inne miasto. Z ciekawych rzeczy, które spotkały
nas tym razem w Rio: Siedzimy sobie na Praia Vermelha, małej plaży przy Pão de Açucar, patrzymy, a tu
obok nas robią zdjęcia jakiejś dziewczynie o dość egzotycznej urodzie,
wyglądającej na stuprocentową Brazylijką. Nagle ekipa podchodzi do nas pytając,
czy mogą pożyczyć ode mnie moją chustę z flagą Brazylii. Przy okazji pytają się
skąd jesteśmy i po odpowiedzi, że dwójka z nas jest z Polski, modelka odpowiada
poprawną polszczyzną: „Ooo moja mama jest z Krakowa!”. Okazało się, że ta w
połowie Polka, mieszkająca w Niemczech, przyjechała tu akurat na mistrzostwa w
szermierce :).
| Ipanema! |
| Pao de Acucar. |
Po powrocie z Rio spędziłam w São Paulo znów tylko
kilka dni, żeby znów ruszyć na kolejne zwiedzanie – tym razem do brazylijskiej
dziczy, Pantanalu. Pantanal to zajmujące ogromne powierzchnie równinne tereny z
sawannami, tropikalnymi lasami, rzekami i z całym mnóstwem dzikich zwierząt.
Czekały więc nas cztery dni wycieczek po buszu, spania na hamakach i naprawdę
bliskiego kontaktu z dziką Brazylią. Tuż koło naszej pousady (coś na zasadzie
gospodarstwa agroturystycznego ukrytego w dziczy), dosłownie parę metrów obok,
była rzeka pełna kajmanów. W Pantanalu kajmany są bowiem wszędzie, ale, jak się
okazuje, bać się ich nie należy, bo to one bardziej boją się ludzi. W innej
rzece, którą płynęliśmy łódką, przepływaliśmy dosłownie parę centymetrów od
kajmanów albo wręcz zahaczaliśmy o ich grzbiety łódką. Byliśmy też przy
jeziorku, na którego brzegach wygrzewało się jeszcze więcej kajmanów –
dosłownie co metr kolejny kajman (zadanie – przejdź przy brzegu, nie potykając
się o kajmana :P). Żeby nie było, że same kajmany – widzieliśmy też kapibary
(strasznie śmieszne świniopodobne zwierzaczki), małpy, ileś dziwnych
niezidentyfikowanych z nazwy zwierząt i strasznie dużo ptaków – papug, tukanów,
orłopodobnych itp. itd. Niestety nie udało nam się zobaczyć najważniejszego
zwierzęcia, zamieszkującego te tereny, czyli jaguara (ale zobaczyliśmy jego
ślady zostawione na piasku). Za to łowiliśmy i jedliśmy piranie :).
Takie parę dni w dziczy to też naprawdę świetny odpoczynek po Sao Paulo.
Z naszej pantanalskiej pousady
pojechaliśmy do małej, dość niedalekiej miejscowości Bonito. Miasteczko samo w
sobie niczym się nie wyróżnia, poza tym, że znajduje się w okolicy słynącej z
miliona atrakcji – takich jak rzeki przepełnione rybkami, pośród których można
snorkować, lazurowe jeziorka i laguny, groty, jaskinie itp. itd. Gdyby nie to,
że w prawie każde z tych miejsc trzeba się udać ze zorganizowaną wycieczki, a
koszt wychodzi naprawdę spory, na Bonito można by przeznaczyć spokojnie z
tydzień. My, w związku z ograniczonym budżetem, ograniczyliśmy też swój czas
tam, udając się tylko wypożyczonymi rowerami do jednej z rzek (pływanie z
rybkami w czystych wodach – bajka). A potem kolacja z pastela z nadzieniem
kajmanowym w Bonito (mięso kajmanowe nie powala, ale zdecydowanie ujdzie :)).
Kolejny postój to już Iguacu –
największe, najbardziej niesamowite, uznane za jeden z siedmiu nowych cudów
natury, wodospady na świecie położone na granicy brazylijsko-argentyńskiej. Na
wodospady trzeba zwykle przeznaczyć dwa dni – na obejrzenie obu stron.
Pierwszego dnia zwiedziliśmy stronę brazylijską, która daje bardziej ogólny,
całościowy obraz wodospadów. Można też specjalnymi kładkami podejść bardzo
blisko dolnej części wodospadów i od dołu zobaczyć słynną Gargantę del Diablo
(Gardziel Diabła), najbardziej spektakularną i najwyższą z kaskad. Chociaż to
argentyńska strona jest uznana za ładniejszą już część brazylijska robi
niesamowite wrażenie. Kolejnego dnia w Argentynie faktycznie doznania są
jeszcze bardziej obłędne! Tu Gargantę del Diablo podziwia się od góry, z samego
szczytu oglądając spadające w otchłań miliony litrów wody. Niestety żadne
zdjęcia nie są w stanie oddać tego, jak niesamowicie wodospady wyglądają. Tu
faktycznie trzeba przyjechać i to zobaczyć!
Podczas wycieczki udaliśmy się
jeszcze na szybki wypad do Paragwaju, do przygranicznego miasta Ciudad del
Este. Niestety wrażenia tu, zwłaszcza po oglądaniu tak pięknych wodospadów, nie
są najlepsze. Brud, chaos, harmider i ogólnie średnio ciekawy klimat. Ale jak
chce się kupić tanie podróby to jest to miejsce wprost idealne. Mnóstwo
straganów, sklepików z najróżniejszego rodzaju mniejszym i większym badziewiem.
No i kolejny kraj zaliczony ;)
A w drodze powrotnej z wodospadów
jeszcze zahaczenie o Kurytybę – całkiem przyjemne miasto z ładnymi budynkami i
przyjemnymi uliczkami. Jest to też miasto imigrantów, wśród których sporą część
stanowili też Polacy. Powstało tu nawet polskie muzeum z chatkami wyglądającymi
jak te w skansenach znajdujących się w Polsce. Niestety jako że byłam tam w poniedziałek,
i to o dość wczesnej porze, znajdująca się obok restauracja polska była zamknięta,
tak więc nie udało mi się zjeść pierogów :(.
Po zwiedzaniowym maju stwierdzam,
że Brazylia to jednak piękny kraj, a widoki potrafią być czasem jak z bajki.
Tak więc pozostaje mi dalej zwiedzać, zwiedzać. Kolejny punkt – Bahia, już wkrótce
:D.
a mnie i tak najbardziej intryguje jak smakuje kajman :P
OdpowiedzUsuńtrochę jak kurczak, tylko bardziej gumiasty :P
OdpowiedzUsuń