Bahia – ojczyzna capoeiry, samby,
ogromnego, ulicznego karnawału i pięknych, egzotycznych plaż. To tu właśnie
spędziłyśmy, jak spora część osób z naszej wymiany, pierwszy tydzień czerwca
(wolne na uczelni z okazji Bożego Ciała). O Bahii, a przede wszystkim o jej
stolicy – Salwadorze, słyszy się różne rzeczy – z jednej strony: że niebezpiecznie,
że prawie sami czarni, że trzeba mieć oczy dookoła głowy itp., a z drugiej
strony: że niesamowity klimat, kolorowe domki, świetna pogoda i niesamowicie
ciekawy region. Mnie Bahia zdecydowanie nie zawiodła.
Nasz pobyt zaczęłyśmy najlepiej jak
się da. Od razu z rana ruszyłyśmy do raju. Morro de São Paulo, wyspa na
południe Salwadoru, mimo swojej nazwy zdecydowanie nie ma nic wspólnego z São Paulo. Miejsce to
jest tak śliczne, jak tylko można sobie wymarzyć. Wąskie uliczki (bez żadnych
samochodów, bo samochody w raju są zakazane), kolorowe, urocze domki, knajpki z
dobrym jedzeniem, owocowe caipirinhe sprzedawane przy plaży, no i właśnie – co
najważniejsze, czyli plaże, plaże i jeszcze raz plaże, niektóre bardziej popularne,
inne puste i całkiem rajskie, ale wszystkie naprawdę urokliwe – z białym
piaskiem, z tzw. naturalnymi basenami, z krystaliczną wodą, z żółtymi rybkami pływającymi
tuż przy wybrzeżu, otoczone rzędem wysokich palm. Tu też udałyśmy się na
wycieczkę łódką wzdłuż wybrzeża Morro i na kolejną, mniejszą, pobliską wysepkę –
Boipebę, gdzie okazało się, że rajów w tej okolicy jest więcej – i znów długie,
prześliczne plaże (chyba nawet jeszcze ładniejsze niż na Morro), a dookoła
tylko tropikalny las. A potem jeszcze wizyta w knajpie na wodzie i najlepsze na
świecie owoce morza.
| Tak wygląda raj |
Ale czas w raju dobiegł jednak
końca i udałyśmy się z powrotem do Salwadoru. Salwador jednak też, jak się
okazało, nie jest taki zły. Mi od zawsze kojarzył się z jednym z najciekawszych
miejsc w Brazylii. I faktycznie takim miejscem jest. Pelourinho, czyli stara
część Salwadoru, z brukowanymi uliczkami, domkami we wszystkich możliwych
kolorach, baianami w swych obszernych kiecach, sprzedającymi acaraje
(najbardziej popularny rodzaj tutejszego fast-foodowego jedzenia, to akurat
było zdecydowanie gorsze niż się spodziewałam), robi niesamowite wrażenie. A
Largo do Pelourinho, czyli główny plac, ma klimat naprawdę jedyny w swoim
rodzaju. Na dodatek w związku z tym, że jest czerwiec (miesiąc, kiedy w całej
Brazylii hucznie obchodzone są czerwcowe święta – Festas Juninas) całe
Pelourinho było niesamowicie przystrojone milionami kolorowych chorągiewek i
innych ozdób.
| Przystrojony Salwador |
| Widok na Largo do Pelourinho |
A co do salwadorskich kwestii
bezpieczeństwa, to zdecydowanie nie czułam, że jest z tym jakoś gorzej niż
gdzie indziej w Brazylii. W centrum sporo turystów, sporo policji, mniej więcej
też widać, którymi uliczkami można spokojnie przejść, a gdzie lepiej się nie
pchać. Miałyśmy też to szczęście, że mieszkałyśmy w wypasionej, luksusowej
części Salwadoru, w wysokim apartamentowcu i do większości miejsc byłyśmy
wożone samochodem (czyli znów Couchsurfing rulezzz), tak więc tym bardziej
mogłyśmy czuć się dość komfortowo i bezpiecznie.
Z Salwadoru ruszyłyśmy też na
jednodniową wycieczkę na plażę do Praia do Forte, która mimo że całkiem ładna,
nie przebiła oczywiście Morro de São Paulo. Ale przynajmniej odwiedziłyśmy przy okazji
całkiem ciekawy rezerwat żółwi :).
No i przejechałyśmy kawałek słynną Estrada do Coco (droga wzdłuż północnego
wybrzeża Bahii, otoczona przez miliony palm kokosowych), czyli znów egzotyka w
pełnym wydaniu.
A na dalszą część naszego pobytu
w Bahii dla odmiany udałyśmy się do miejsca oddalonego od plaż, ale równie
pięknego jak wybrzeże. Naszym celem był Park Narodowy Chapada Diamantina,
położony ok. 400 km od Salwadoru w głąb lądu. Bazą wypadową do zwiedzania Parku
jest Lençois
– małe, śliczne, kolorowe (a jakże! w Bahii chyba nie ma miasteczek, gdzie
domki nie byłyby pomalowane na miliony kolorów) miasteczko. Najważniejszy jest
jednak Park. Dwa dni to co prawda niedużo, ale udało nam się zaliczyć
najważniejsze punkty – wspinaczkę na szczyt, z którego roztaczał się boski widok
na Chapadę, snorkeling w Gruta da Pratinha (płynęliśmy w ciemności przez wodną
grotę aż do jej końca, gdzie na skalnej półce mieszkała sobie kapibara (!)), wizytę
przy paru innych grotach, jaskiniach, wodospadach, naturalnych waterslidach itp.
itd.
| Widok na Chapadę |
| Jedna z chapadzkich grot |
| Waterslides! |
Tak więc pobyt udał się w 100 %,
a Bahia pozostaje moim ulubionym regionem Brazylii. Jeśli ktoś chce zobaczyć
raj, polecam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz