wtorek, 19 czerwca 2012

Greetings from paradise


Bahia – ojczyzna capoeiry, samby, ogromnego, ulicznego karnawału i pięknych, egzotycznych plaż. To tu właśnie spędziłyśmy, jak spora część osób z naszej wymiany, pierwszy tydzień czerwca (wolne na uczelni z okazji Bożego Ciała). O Bahii, a przede wszystkim o jej stolicy – Salwadorze, słyszy się różne rzeczy – z jednej strony: że niebezpiecznie, że prawie sami czarni, że trzeba mieć oczy dookoła głowy itp., a z drugiej strony: że niesamowity klimat, kolorowe domki, świetna pogoda i niesamowicie ciekawy region. Mnie Bahia zdecydowanie nie zawiodła.

Nasz pobyt zaczęłyśmy najlepiej jak się da. Od razu z rana ruszyłyśmy do raju. Morro de São Paulo, wyspa na południe Salwadoru, mimo swojej nazwy zdecydowanie nie ma nic wspólnego z São Paulo. Miejsce to jest tak śliczne, jak tylko można sobie wymarzyć. Wąskie uliczki (bez żadnych samochodów, bo samochody w raju są zakazane), kolorowe, urocze domki, knajpki z dobrym jedzeniem, owocowe caipirinhe sprzedawane przy plaży, no i właśnie – co najważniejsze, czyli plaże, plaże i jeszcze raz plaże, niektóre bardziej popularne, inne puste i całkiem rajskie, ale wszystkie naprawdę urokliwe – z białym piaskiem, z tzw. naturalnymi basenami, z krystaliczną wodą, z żółtymi rybkami pływającymi tuż przy wybrzeżu, otoczone rzędem wysokich palm. Tu też udałyśmy się na wycieczkę łódką wzdłuż wybrzeża Morro i na kolejną, mniejszą, pobliską wysepkę – Boipebę, gdzie okazało się, że rajów w tej okolicy jest więcej – i znów długie, prześliczne plaże (chyba nawet jeszcze ładniejsze niż na Morro), a dookoła tylko tropikalny las. A potem jeszcze wizyta w knajpie na wodzie i najlepsze na świecie owoce morza.

Tak wygląda raj


Ale czas w raju dobiegł jednak końca i udałyśmy się z powrotem do Salwadoru. Salwador jednak też, jak się okazało, nie jest taki zły. Mi od zawsze kojarzył się z jednym z najciekawszych miejsc w Brazylii. I faktycznie takim miejscem jest. Pelourinho, czyli stara część Salwadoru, z brukowanymi uliczkami, domkami we wszystkich możliwych kolorach, baianami w swych obszernych kiecach, sprzedającymi acaraje (najbardziej popularny rodzaj tutejszego fast-foodowego jedzenia, to akurat było zdecydowanie gorsze niż się spodziewałam), robi niesamowite wrażenie. A Largo do Pelourinho, czyli główny plac, ma klimat naprawdę jedyny w swoim rodzaju. Na dodatek w związku z tym, że jest czerwiec (miesiąc, kiedy w całej Brazylii hucznie obchodzone są czerwcowe święta – Festas Juninas) całe Pelourinho było niesamowicie przystrojone milionami kolorowych chorągiewek i innych ozdób.

Przystrojony Salwador

Widok na Largo do Pelourinho
A co do salwadorskich kwestii bezpieczeństwa, to zdecydowanie nie czułam, że jest z tym jakoś gorzej niż gdzie indziej w Brazylii. W centrum sporo turystów, sporo policji, mniej więcej też widać, którymi uliczkami można spokojnie przejść, a gdzie lepiej się nie pchać. Miałyśmy też to szczęście, że mieszkałyśmy w wypasionej, luksusowej części Salwadoru, w wysokim apartamentowcu i do większości miejsc byłyśmy wożone samochodem (czyli znów Couchsurfing rulezzz), tak więc tym bardziej mogłyśmy czuć się dość komfortowo i bezpiecznie.

Z Salwadoru ruszyłyśmy też na jednodniową wycieczkę na plażę do Praia do Forte, która mimo że całkiem ładna, nie przebiła oczywiście Morro de São Paulo. Ale przynajmniej odwiedziłyśmy przy okazji całkiem ciekawy rezerwat żółwi :). No i przejechałyśmy kawałek słynną Estrada do Coco (droga wzdłuż północnego wybrzeża Bahii, otoczona przez miliony palm kokosowych), czyli znów egzotyka w pełnym wydaniu.

A na dalszą część naszego pobytu w Bahii dla odmiany udałyśmy się do miejsca oddalonego od plaż, ale równie pięknego jak wybrzeże. Naszym celem był Park Narodowy Chapada Diamantina, położony ok. 400 km od Salwadoru w głąb lądu. Bazą wypadową do zwiedzania Parku jest Lençois – małe, śliczne, kolorowe (a jakże! w Bahii chyba nie ma miasteczek, gdzie domki nie byłyby pomalowane na miliony kolorów) miasteczko. Najważniejszy jest jednak Park. Dwa dni to co prawda niedużo, ale udało nam się zaliczyć najważniejsze punkty – wspinaczkę na szczyt, z którego roztaczał się boski widok na Chapadę, snorkeling w Gruta da Pratinha (płynęliśmy w ciemności przez wodną grotę aż do jej końca, gdzie na skalnej półce mieszkała sobie kapibara (!)), wizytę przy paru innych grotach, jaskiniach, wodospadach, naturalnych waterslidach itp. itd.


Widok na Chapadę
 

Jedna z chapadzkich grot

Waterslides!
Tak więc pobyt udał się w 100 %, a Bahia pozostaje moim ulubionym regionem Brazylii. Jeśli ktoś chce zobaczyć raj, polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz