środa, 20 czerwca 2012

O Brazylijczykach slów kilka


Po pobycie w Bahii (jak świetnie by tam nie było), pewne refleksje na temat Brazylijczyków nasuwają mi się jeszcze wyraźniej.

Generalnie, nie mogę powiedzieć, że Brazylijczycy są mało pomocni czy nieuprzejmi. Zwykle naprawdę starają się pomóc.  Gdy pytamy się kogoś na ulicy, jak dojść w jakieś miejsce, zawsze będzie starał się on nam odpowiedzieć – gorzej, że także wtedy, kiedy nie ma o tym pojęcia. Praktycznie zawsze dowiemy się o jakiejś okrężnej drodze, która albo nas wcale nigdzie nie zaprowadzi, albo, co gorsza, wcale nie istnieje.

Bardzo prawdopodobnym jest jednak także, że z opisu danej drogi wcale nic nie zrozumiemy. Kolejnym problemem z Brazylijczykami jest bowiem to, że, nawet jeśli faktycznie znają odpowiedź na nasze pytanie, przedstawią to w tak zawiły i skomplikowany sposób, że i nasza znajomość portugalskiego tu na nic się nie zda. Na pytanie bowiem, czy mamy teraz iść do punktu A czy do punktu B, nigdy nie dostaniemy tak prostej i prozaicznej odpowiedzi jak: „Idź do punktu A”. Zawsze, nawet jeśli jest oczywistym, że to któreś ze wspomnianych przez nas miejsc jest właściwie, otrzymamy skomplikowany wywód typu: „No wiesz to zależy, ale bo chodzi o to, że zależnie od tego jak na to spojrzeć, ale powinieneś iść w ten sposób, że najpierw skręcisz tu, żeby potem skręcić gdzie indziej, żeby w końcu się trochę cofnąć, żeby potem przejść dalej itd. itp….”. I znów na Twoje kolejne pytanie: „Czy tzn. że mam iść w stronę A?” dostaniesz ponownie, zamiast prostego „tak” lub „nie”, następny wywód, z którego znów nie będzie można nic zrozumieć. Brazylijczycy bowiem chyba mają już taką tendencję do tworzenia jakiejś historii wokół każdej odpowiedzi. Tak więc poruszanie się komunikacją miejską, docieranie z miejsca na miejsce – tylko dla wytrwałych. A bez portugalskiego – nawet nie próbuj.

Ok, ale żeby nie było, że Brazylijczycy są tacy straszni, to zdecydowanie mają też trochę zalet. Przede wszystkim w większości są naprawdę życzliwi, starając się, w miarę możliwości, zorganizować Ci jakoś pomoc. Poza tym są oczywiście bardzo weseli, zabawowi, uśmiechnięci. Idea karnawału i samby w końcu nie wzięła się znikąd. W tym kraju bowiem mało co liczy się tak jak zabawa. A ich chęć do imprezowania jest naprawdę zaraźliwa, mogąc nawet z najsztywniejszego gringo zrobić króla balady (port. „impreza”). Brazylijczycy są przy tym strasznie towarzyscy, bardzo łatwo nawiązując kontakty i będąc chętnymi do zabawy ze wszystkimi dookoła. Tu jednak pojawia się kolejne „ale”, zwłaszcza dla dziewczyn. Brazylijczycy czasem są wręcz za bardzo otwarci w stosunku do wszystkich osób płci przeciwnej (albo czasem i nieprzeciwnej) , nie rozumiejąc prostego „nie”, przez co niektóre imprezy mogą stać placem ucieczki od natrętów, zamiast miejscem dobrej zabawy.

I jeszcze parę innych spostrzeżeń odnośnie mieszkańców Brazylii, tak trochę już z innej beczki:

- Większość osób spotkanych w Brazylii nie ma bladego pojęcia o Europie i w ogóle żadnych innych krajach. Tak więc trzeba przyzwyczaić się tu do takich tekstów: „Jesteś z Polski?! Czyli mówicie tam po niemiecku? Nie? Naprawdę? A to w takim razie Wasz język musi być strasznie podobny do niemieckiego!”. Na szczęście muszę przyznać, że EURO w Polskie trochę poprawiło tę sytuację i coraz więcej Brazylijczyków nie tylko dowiedziało się, że istnieje taki kraj jak Polska, ale i gdzie jest położony.

- Problemem (a przynajmniej według mnie jest to problem) sporej części Brazylijczyków jest też bardzo mała znajomość swojego kraju. Nawet osoby z naszej uczelni, mówiące w obcych językach, mające naprawdę sporą wiedzę i przede wszystkim mające sporo kasy, w wielu przypadkach nie wychyliły nigdy nosa poza stan São Paulo. Znam też i takich, którzy zwiedzili dużą część Europy, ale już do takiego np. Rio (sześć godzin jazdy od SP) nie dotarli.

-  I jeszcze ze śmiesznych zachowań brazylijskich: pociąganie nosem. Brazylijczycy wyznają zasadę, że publicznie się nie smarka, bo nie jest to zbyt eleganckie zachowanie. Tak więc chusteczek nie używamy, a jak się ma katar, to jakoś inaczej trzeba sobie radzić. Ostatnio w Bahii podczas jednej z wycieczek towarzyszyła nam (przeziębiona) brazylijska para, która miała właśnie ten, dość wkurzający, nawyk – co dwie minuty któreś z nich pociągało, i to strasznie pociągało, nosem.

Żeby nie było – Brazylijczycy (pomijając tych, którzy napadają, porywają, kradną itp.) nie są tacy najgorsi. W znacznej większości, zdecydowanie są przyjaźni, mili, imprezowi i w ogóle całkiem fajni. Pewne rzeczy trochę tu wkurzają, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Nie ma w końcu narodu bez wad. A co kraj, to obyczaj.

2 komentarze:

  1. Wciąganie smarków nosem to niestety nie tylko brazylijski wymysł - w Indiach też tak lubią ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak to dziwne ale mieszkancy Sao Paulo nie przepadają za Rio i ogólnie Cariocas, są nawet dumni z tego, ze nigdy nie byli w Rio i nie wybieraja sie tan ...

    OdpowiedzUsuń