Po pobycie w Bahii (jak świetnie
by tam nie było), pewne refleksje na temat Brazylijczyków nasuwają mi się
jeszcze wyraźniej.
Generalnie, nie mogę powiedzieć,
że Brazylijczycy są mało pomocni czy nieuprzejmi. Zwykle naprawdę starają się
pomóc. Gdy pytamy się kogoś na ulicy,
jak dojść w jakieś miejsce, zawsze będzie starał się on nam odpowiedzieć – gorzej,
że także wtedy, kiedy nie ma o tym pojęcia. Praktycznie zawsze dowiemy się o
jakiejś okrężnej drodze, która albo nas wcale nigdzie nie zaprowadzi, albo, co
gorsza, wcale nie istnieje.
Bardzo prawdopodobnym jest jednak
także, że z opisu danej drogi wcale nic nie zrozumiemy. Kolejnym problemem z
Brazylijczykami jest bowiem to, że, nawet jeśli faktycznie znają odpowiedź na
nasze pytanie, przedstawią to w tak zawiły i skomplikowany sposób, że i nasza znajomość
portugalskiego tu na nic się nie zda. Na pytanie bowiem, czy mamy teraz iść do
punktu A czy do punktu B, nigdy nie dostaniemy tak prostej i prozaicznej
odpowiedzi jak: „Idź do punktu A”. Zawsze, nawet jeśli jest oczywistym, że to któreś
ze wspomnianych przez nas miejsc jest właściwie, otrzymamy skomplikowany wywód
typu: „No wiesz to zależy, ale bo chodzi o to, że zależnie od tego jak na to
spojrzeć, ale powinieneś iść w ten sposób, że najpierw skręcisz tu, żeby potem
skręcić gdzie indziej, żeby w końcu się trochę cofnąć, żeby potem przejść dalej
itd. itp….”. I znów na Twoje kolejne pytanie: „Czy tzn. że mam iść w stronę A?”
dostaniesz ponownie, zamiast prostego „tak” lub „nie”, następny wywód, z
którego znów nie będzie można nic zrozumieć. Brazylijczycy bowiem chyba mają
już taką tendencję do tworzenia jakiejś historii wokół każdej odpowiedzi. Tak więc
poruszanie się komunikacją miejską, docieranie z miejsca na miejsce – tylko dla
wytrwałych. A bez portugalskiego – nawet nie próbuj.
Ok, ale żeby nie było, że
Brazylijczycy są tacy straszni, to zdecydowanie mają też trochę zalet. Przede
wszystkim w większości są naprawdę życzliwi, starając się, w miarę możliwości,
zorganizować Ci jakoś pomoc. Poza tym są oczywiście bardzo weseli, zabawowi,
uśmiechnięci. Idea karnawału i samby w końcu nie wzięła się znikąd. W tym kraju
bowiem mało co liczy się tak jak zabawa. A ich chęć do imprezowania jest
naprawdę zaraźliwa, mogąc nawet z najsztywniejszego gringo zrobić króla balady
(port. „impreza”). Brazylijczycy są przy tym strasznie towarzyscy, bardzo łatwo
nawiązując kontakty i będąc chętnymi do zabawy ze wszystkimi dookoła. Tu jednak
pojawia się kolejne „ale”, zwłaszcza dla dziewczyn. Brazylijczycy czasem są wręcz
za bardzo otwarci w stosunku do wszystkich osób płci przeciwnej (albo czasem i
nieprzeciwnej) , nie rozumiejąc prostego „nie”, przez co niektóre imprezy mogą
stać placem ucieczki od natrętów, zamiast miejscem dobrej zabawy.
I jeszcze parę innych spostrzeżeń
odnośnie mieszkańców Brazylii, tak trochę już z innej beczki:
- Większość osób spotkanych w
Brazylii nie ma bladego pojęcia o Europie i w ogóle żadnych innych krajach. Tak
więc trzeba przyzwyczaić się tu do takich tekstów: „Jesteś z Polski?! Czyli
mówicie tam po niemiecku? Nie? Naprawdę? A to w takim razie Wasz język musi być
strasznie podobny do niemieckiego!”. Na szczęście muszę przyznać, że EURO w
Polskie trochę poprawiło tę sytuację i coraz więcej Brazylijczyków nie tylko
dowiedziało się, że istnieje taki kraj jak Polska, ale i gdzie jest położony.
- Problemem (a przynajmniej
według mnie jest to problem) sporej części Brazylijczyków jest też bardzo mała
znajomość swojego kraju. Nawet osoby z naszej uczelni, mówiące w obcych
językach, mające naprawdę sporą wiedzę i przede wszystkim mające sporo kasy, w
wielu przypadkach nie wychyliły nigdy nosa poza stan São Paulo. Znam też i
takich, którzy zwiedzili dużą część Europy, ale już do takiego np. Rio (sześć godzin
jazdy od SP) nie dotarli.
- I jeszcze ze śmiesznych zachowań
brazylijskich: pociąganie nosem. Brazylijczycy wyznają zasadę, że publicznie
się nie smarka, bo nie jest to zbyt eleganckie zachowanie. Tak więc chusteczek
nie używamy, a jak się ma katar, to jakoś inaczej trzeba sobie radzić. Ostatnio
w Bahii podczas jednej z wycieczek towarzyszyła nam (przeziębiona) brazylijska
para, która miała właśnie ten, dość wkurzający, nawyk – co dwie minuty któreś z
nich pociągało, i to strasznie pociągało, nosem.
Żeby nie było – Brazylijczycy (pomijając
tych, którzy napadają, porywają, kradną itp.) nie są tacy najgorsi. W znacznej
większości, zdecydowanie są przyjaźni, mili, imprezowi i w ogóle całkiem fajni.
Pewne rzeczy trochę tu wkurzają, ale idzie się do tego przyzwyczaić. Nie ma w
końcu narodu bez wad. A co kraj, to obyczaj.
Wciąganie smarków nosem to niestety nie tylko brazylijski wymysł - w Indiach też tak lubią ;)
OdpowiedzUsuńTak to dziwne ale mieszkancy Sao Paulo nie przepadają za Rio i ogólnie Cariocas, są nawet dumni z tego, ze nigdy nie byli w Rio i nie wybieraja sie tan ...
OdpowiedzUsuń