czwartek, 5 lipca 2012

Mennonici, misje, pociągi i kurczaki - czyli prawdziwa Latinoamerica

Po różnych perturbacjach jesteśmy już w Santa Cruz (drugi z celów na naszej boliwijsko-peruwiańskiej trasie) i tuż przed wyruszeniem do kolejnego miejsca. Łatwo nie było, ale się udało ;). We wtorek po dwóch lotach na trasie Sao Paulo-Campo Grande i Campo Grande-Corumba (na granicy brazylijsko-boliwijskiej) i pewnych komplikacjach po przekroczeniu granicy (pan taksówkarz oszukał nas, ze nie ma już tego dnia pociągu, którym chciałyśmy jechać i że musimy wziąć autobus z polecanej przez niego firmy), oczekiwaniach na bardzo klimatycznym dworcu i sześciogodzinnej podróży, przerywanej przez krzyki różnych sprzedawców wchodzących do autobusu na każdym z postojów, udało nam się dostać do małej wioski San Jose de Chiquitos z misjami jezuickimi, gdzie znalazłyśmy straszliwie drogi nocleg - 20 bolivianos (10 złotych!) za osobę.

Przez całą środę zwiedzałyśmy więc wyjęte rodem z westernów San Jose i okolice. Bardzo ładny kompleks znajdujących się tu misji jezuickich jest jednym z najstarszych tutaj (w okolicy Santa Cruz znajduje się ileś misji) i faktycznie był warty odwiedzenia. Nie tylko dla misji jednak warto było tu przyjechać. Samo miasteczko jest niezwykle ciekawe, nie ma tu właściwie normalnych dróg, ludzie wyglądają tu 1000 razy bardziej latino niż w Brazylii, a my byłyśmy jedynymi gringami w całym mieście, wzbudzając w związku z tym niemałe zainteresowanie. Nie wszyscy mają tu jednak latynoską urodą. To co najbardziej dziwi w San Jose to widok białych, wysokich, niebieskookich mężczyzn w ogrodniczkach i kapeluszach i podążających za nimi kobiet, oczywiście też białych i blondwłosych, w strojach wyglądających jak wzięte z planu "Domku na prerii". To Mennonici, przybyłe ileś lat temu z Europy zamknięte, konserwatywne społeczności, których kolonie wciąż zamieszkują niektóre z krajów Ameryki Południowej. Ich wygląd trochę nasuwa skojarzenia z Amiszami, a ich widok na boliwijskiej wsi, pośród latino osób jest tak niesamowitym,  że gdyby nie to, że wcześniej o nich czytałyśmy, długo byśmy pewnie się zastanawiały o co tu chodzi. Ogólnie pobyt w miasteczku można z pewnością zaliczyć do udanych - od razu na początku naszej trasy trafiłyśmy do miejsca, które można uznać za esencję Ameryki Łacińskiej, zobaczyłyśmy bardzo ładny kompleks misyjny, odbyłyśmy fajny spacerek za miasto i ogólnie miałyśmy bardzo fajny chilloutowy dzień. A i przede wszystkim byłyśmy w jednym z tych nielicznych miejsc w Boliwii, gdzie mogłyśmy się cieszyć tropikalną pogodą.

Naprawdę ciekawie zaczęło się jednak robić jak chciałyśmy miasteczko to opuścić. Uparłyśmy się, że tym razem musimy koniecznie pojechać słynnym "pociągiem śmierci". Pociąg miał odjeżdżać z San Jose do Santa Cruz ok. 23.30. Udałyśmy się więc po 22.00 w kierunku dworca. Już po drodze pojawiły się komplikacje, gdy postanowiłyśmy coś zjeść. Poszłyśmy do knajpek koło dworca z zamiarem kupienia empanad. Jak na złość wszędzie sprzedawali jednak to samo, czyli kurczaka z frytkami, a jako że było to, to co jadłyśmy  na obiad tym razem miałyśmy ochotę na coś innego. A gdy w którejś z bud zapytałyśmy: "Hay empanadas? (Czy są empanady?)" dostałyśmy tylko odpowiedź: "No hay. Hay comida. (Nie ma. Jest tylko jedzenie)". W końcu stwierdziłyśmy więc, że skoro empanady to nie jedzenie to kupimy najwyżej same frytki, skoro nic innego się nie da. To też jednak okazało się niemożliwe. Wszystkie osoby, od których chciałyśmy kupić frytki, reagowały na nasz wymysł szczerym zdumieniem i niedowierzaniem. Jakże bowiem można jeść frytki bez kurczaka! Rozmowa wyglądała mniej więcej tak: My: "Możemy kupić frytki?". Pani sprzedająca: "Frytki z kurczakiem". My: "A nie możemy samych frytek?" Pani: "Frytki z kurczakiem!".

Po zwątpieniu i kupieniu w końcu jednak kurczaka (gdyż ewidentnie byłyśmy w miejscu, które można nazwać La Ciudad del Pollo) udałyśmy się na dworzec. Tu jednak znów pojawiły się schody. Na miejscu okazało się, że pociąg odjeżdża o bardzo różnych godzinach - o 23.30, o 24.00, 1.00, 2.30... Każda osoba, nawet każdy pracownik dworca miał swoją godzinę. Mimo też, że pociąg jechał do Santa Cruz z granicy z Brazylią to w San Jose stały już dwa wagony, które mieli potem doczepić do pociągu i do których wsiadała część osób. Jako że nie miałyśmy jednak biletów (bo wcześniej powiedziano nam, że nie da się ich kupić), każdy twierdził co innego odnośnie tego, czy mamy do nich wsiąść, czy czekać na wagony jadący z granicy. W końcu więc najpierw wsiadłyśmy, potem wysiadłyśmy, potem dalej próbowałyśmy się czegoś dowiedzieć, a w końcu zwątpiłyśmy i usiadłyśmy po prostu na platformie, czekając na to, co się stanie. No i stało się! Pociąg co prawda za szybko nie przyjechał, ale za to pojawiły się sporej wielkości świnie chodzące między torami! I jeszcze ci wszyscy Mennonici dookoła nas! Czekanie na pociąg okazało się więc w sumie bardzo ciekawe. W końcu ok. 1:30 (jeszcze inna godzina niż ta, o której mówili nam wcześniej) pociąg przyjechał. Ogarnęłyśmy nawet wolne miejsca i spędziłyśmy bardzo niewygodną noc w tym jakże ciekawym pociągu.

W czwartek rano (tzn. z czterogodzinnym opóźnieniem) dojechałyśmy do Santa Cruz, największego miasta Boliwii. Miasto samo w sobie nie jest takie ciekawe jak San Jose. Ulice jak ulice, targi jak targi, a sklepy jak sklepy (chociaż trzeba im przyznać, że ciuchy ładniejsze niż w Brazylii). Do tego dużo knajp i kawiarni, też tych dość drogich jak na boliwijskie standardy.  Ale niestety zdecydowanie mniej Mennonitów.. Mają za to całkiem ładny główny plac i ładną katedrę na nim. Na szczęście, żeby nie było za nudno, była też atrakcja dodatkowa - wielkie protesty (ale przeciw czemu dokładnie to nie wiemy) z petardami, wystrzałami i krzykami na owym głównym placu. No i plus tego miasta - na kolację udało nam się znaleźć empanady i tym razem nie byłyśmy skazane na kurczaka.

Mimo że mamy tu bardzo fajnego hosta i mieszkamy z fajną, dużą boliwijską rodzinką, w piątek rano opuszczamy już trochę mało autentyczne Santa Cruz i ruszamy do słynącej z wykopalisk archeologicznych Samaipaty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz