Po różnych perturbacjach jesteśmy już w Santa
Cruz (drugi z celów na naszej boliwijsko-peruwiańskiej
trasie) i tuż przed wyruszeniem do kolejnego miejsca. Łatwo nie było,
ale się udało ;). We wtorek po dwóch lotach na trasie Sao Paulo-Campo
Grande i Campo
Grande-Corumba (na granicy brazylijsko-boliwijskiej) i pewnych
komplikacjach po przekroczeniu granicy (pan taksówkarz oszukał nas, ze
nie ma już tego dnia pociągu, którym chciałyśmy jechać i że musimy wziąć
autobus z polecanej przez
niego firmy), oczekiwaniach na bardzo klimatycznym dworcu i
sześciogodzinnej podróży, przerywanej przez krzyki różnych sprzedawców wchodzących do autobusu na każdym z postojów, udało nam się dostać do małej wioski San Jose
de Chiquitos
z misjami jezuickimi, gdzie znalazłyśmy straszliwie drogi nocleg - 20
bolivianos (10 złotych!) za osobę.
Przez całą środę
zwiedzałyśmy więc wyjęte rodem z westernów San Jose i okolice. Bardzo
ładny kompleks znajdujących się tu misji jezuickich jest jednym z
najstarszych tutaj (w okolicy Santa Cruz znajduje się ileś misji) i
faktycznie był warty odwiedzenia. Nie tylko dla misji jednak warto było
tu przyjechać. Samo miasteczko jest niezwykle ciekawe, nie ma tu
właściwie normalnych dróg, ludzie wyglądają tu 1000 razy bardziej latino
niż w Brazylii, a my byłyśmy jedynymi gringami w całym mieście,
wzbudzając w związku z tym niemałe zainteresowanie. Nie wszyscy mają tu
jednak latynoską urodą. To co najbardziej dziwi w San Jose to widok
białych, wysokich, niebieskookich mężczyzn w ogrodniczkach i kapeluszach
i podążających za nimi kobiet, oczywiście też białych i blondwłosych, w
strojach wyglądających jak wzięte z planu "Domku na prerii". To
Mennonici, przybyłe ileś lat temu z Europy zamknięte, konserwatywne
społeczności, których kolonie wciąż zamieszkują niektóre z krajów
Ameryki Południowej. Ich wygląd trochę nasuwa skojarzenia z Amiszami, a
ich widok na boliwijskiej wsi, pośród latino osób jest tak
niesamowitym, że gdyby nie to, że wcześniej o nich czytałyśmy, długo
byśmy pewnie się zastanawiały o co tu chodzi. Ogólnie pobyt w miasteczku
można z pewnością zaliczyć do udanych - od razu na początku naszej
trasy trafiłyśmy do miejsca, które można uznać za esencję
Ameryki Łacińskiej, zobaczyłyśmy bardzo ładny kompleks misyjny,
odbyłyśmy fajny spacerek za miasto i ogólnie miałyśmy bardzo fajny
chilloutowy dzień. A i przede wszystkim byłyśmy w jednym z tych nielicznych miejsc w Boliwii, gdzie mogłyśmy się cieszyć tropikalną pogodą.
Naprawdę ciekawie zaczęło się jednak robić jak chciałyśmy miasteczko to
opuścić. Uparłyśmy się, że tym razem musimy koniecznie pojechać słynnym
"pociągiem śmierci". Pociąg miał odjeżdżać z San Jose do Santa Cruz ok.
23.30. Udałyśmy się więc po 22.00 w kierunku dworca. Już po drodze
pojawiły się komplikacje, gdy postanowiłyśmy coś zjeść. Poszłyśmy do
knajpek koło dworca z zamiarem kupienia empanad. Jak na złość wszędzie
sprzedawali jednak to samo, czyli kurczaka z frytkami, a jako że było
to, to co jadłyśmy na obiad tym razem miałyśmy ochotę na coś innego. A
gdy w którejś z bud zapytałyśmy: "Hay empanadas? (Czy są empanady?)"
dostałyśmy tylko odpowiedź: "No hay. Hay comida. (Nie ma. Jest tylko
jedzenie)". W końcu stwierdziłyśmy więc, że skoro empanady to nie
jedzenie to kupimy najwyżej same frytki, skoro nic innego się nie da. To
też jednak okazało się niemożliwe. Wszystkie osoby, od których
chciałyśmy kupić frytki, reagowały na nasz wymysł szczerym zdumieniem i
niedowierzaniem. Jakże bowiem można jeść frytki bez kurczaka! Rozmowa
wyglądała mniej więcej tak: My: "Możemy kupić frytki?". Pani
sprzedająca: "Frytki z kurczakiem". My: "A nie możemy samych frytek?"
Pani: "Frytki z kurczakiem!".
Po zwątpieniu i kupieniu w końcu jednak kurczaka (gdyż ewidentnie
byłyśmy w miejscu, które można nazwać La Ciudad del Pollo) udałyśmy się
na dworzec. Tu jednak znów pojawiły się schody. Na miejscu okazało się,
że pociąg odjeżdża o bardzo różnych godzinach - o 23.30, o 24.00, 1.00,
2.30... Każda osoba, nawet każdy pracownik dworca miał swoją godzinę.
Mimo też, że pociąg jechał do Santa Cruz z granicy z Brazylią to w San
Jose stały już dwa wagony, które mieli potem doczepić do pociągu i do
których wsiadała część osób. Jako że nie miałyśmy jednak biletów (bo
wcześniej powiedziano nam, że nie da się ich kupić), każdy twierdził co
innego odnośnie tego, czy mamy do nich wsiąść, czy czekać na wagony jadący z
granicy. W końcu więc najpierw wsiadłyśmy, potem wysiadłyśmy, potem
dalej próbowałyśmy się czegoś dowiedzieć, a w końcu zwątpiłyśmy i
usiadłyśmy po prostu na platformie, czekając na to, co się stanie. No i
stało się! Pociąg co prawda za szybko nie przyjechał, ale za to pojawiły
się sporej wielkości świnie chodzące między torami! I jeszcze ci
wszyscy Mennonici dookoła nas! Czekanie na pociąg okazało się więc w
sumie bardzo ciekawe. W końcu ok. 1:30 (jeszcze inna godzina niż ta, o
której mówili nam wcześniej) pociąg przyjechał. Ogarnęłyśmy nawet wolne
miejsca i spędziłyśmy bardzo niewygodną noc w tym jakże ciekawym
pociągu.
W czwartek rano (tzn. z czterogodzinnym opóźnieniem) dojechałyśmy do
Santa Cruz, największego miasta Boliwii. Miasto samo w sobie nie jest
takie ciekawe jak San Jose. Ulice jak ulice, targi jak targi, a sklepy
jak sklepy (chociaż trzeba im przyznać, że ciuchy ładniejsze niż w
Brazylii). Do tego dużo knajp i kawiarni, też tych dość drogich jak na
boliwijskie standardy. Ale niestety zdecydowanie mniej Mennonitów..
Mają za to całkiem ładny główny plac i ładną katedrę na nim. Na
szczęście, żeby nie było za nudno, była też atrakcja dodatkowa - wielkie
protesty (ale przeciw czemu dokładnie to nie wiemy) z petardami, wystrzałami i
krzykami na owym głównym placu. No i plus tego miasta - na kolację udało
nam się znaleźć empanady i tym razem nie byłyśmy skazane na kurczaka.
Mimo że mamy tu bardzo fajnego hosta i mieszkamy z fajną, dużą
boliwijską rodzinką, w piątek rano opuszczamy już trochę mało
autentyczne Santa Cruz i ruszamy do słynącej z wykopalisk
archeologicznych Samaipaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz